Tak siedzę sobie siedzę, robię nic i wymyśliłem, że przydałby się jeszcze jeden wpis w tym roku. W sumie to nie wymyśliłem, tylko po prostu polecieli The Searchers gdzieś w tle i ruszyło mnie nagle i wszedłem tu stwierdziwszy, że pora na „Love Potion no 9”.

W ogóle to wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, od nas, chłopaków z dlaczegolubiestarepiosenki.

Wracając do The Searchers:

I told her that I was a flop with chicks
I’d been this way since 1956
She looked at my palm and she made a magic sign
She said „What you need is Love Potion Number Nine”

She bent down and turned around and gave me a wink
She said „I’m gonna make it up right here in the sink”
It smelled like turpentine, it looked like India Ink
I held my nose, I closed my eyes, I took a drink

Ja – jak to ja – przeniosłem sobie ten tekst na własną sytuację, a naciągając interpretację popisałem się sprytem osiedlowego wróżbity czy innego znachora. Bo widzę to tak, że może i nie jestem flop with chicks, a już na pewno nie since 1956, ale jakiś tam problem jest, nie ulega to wątpliwości. Słuchając Searchersów, doszedłem do wniosku, że po prostu obchodzę się z wszelkimi ciepłymi uczuciami jakby były fiolką love potion z piosenki – „It smelled like turpentine, it looked like India Ink”. Boję się ich – że będą nietrwałe, nieodwzajemnione, źle ulokowane, źle w ogóle. A gdy już nie mogę wytrzymać, to zatykam nos, zamykam oczy i biorę łyk. I wychodzi jak zwykle, bo nikt jeszcze daleko nie zaszedł z zamkniętymi oczami. I tą mądrością ludową zamknę swój 2010 rok i mam nadzieję, że przez to nie będę cały 2011 pieprzył głupot.

Jestem całkiem zadowolonym człowiekiem. To były spokojne, przyjemne – w sumie jedne z najlepszych w moim życiu – święta. Pewnie po części mam takie wrażenie przez kontrast – dwa lata temu dzień przed wigilią miałem wypadek samochodowy, a rok temu święta – jak i sylwestra – spędziłem na odwyku, czy ładniej mówiąc – w przytulnym ośrodku terapii uzależnień.

A teraz – kameralnie, dużo ciepła, z czystym sumieniem – błogo.

W każdym razie święta już się skończyły, studenci na szczęście mają jeszcze trochę wolnego, pracy dużo nie mam, więc nic tylko odpoczywać, spotykać się z znajomymi których dawno nie widziałem, zmieniać zdjęcie profilowe na facebooku, z uśmiechem na ustach wchodzić w nowy rok.

Connie Francis sprzyja i odpoczynkowi i spotkaniom i uśmiechowi. Connie jest kul. Connie Francis według mnie pasuje do takiej oldskulowej odmiany relaksu – kanapa, ciepłe skarpety, gazeta, piosenka na pierwszym i trzask winyla na drugim dźwiękowym planie.

14:31, piję pierwszą dziś kawę, dobrą czarną kawę; pogoda jest ładna, ale już się kończy – tzn dzień się kończy, jasność się kończy – no i zimno w kości gdy stoi się na dworze i pali zakazane w pomieszczeniach papierosy; przynajmniej nie ma tego nieciekawego wrażenia wszechogarniającego brudu i ataku chorób zakaźnych, towarzyszącego odwilży – np. takiej jak ta sprzed kilku dni. Muzyki słucha się dziś przyjemnie, humor się od niej poprawia; poziom lenistwa w normie; noc zapowiada się długa, lecz nie szalona. Miłego wszystkim życzę i idę sobie.

 

Skończyłem. Mam prezenty dla wszystkich, dla których prezenty chciałem mieć. Leżę sobie zadowolony z siebie i brakuje mi tylko „Nine little kisses”.

Wczułem się w ten kawałek i bardzo dobrze, bo jest pozytywny. Wyobrażam sobie jakiegoś Jego i jakąś Ją, może nawet mnie samego z jakąś Nią, w każdym razie – pomijając już kwestie kadrowe – wyobrażam sobie dwie osoby słuchające tego utworu, czy raczej  będące pod tego utworu wpływem. Oni są w jakimś mieszkaniu – jakimś, ale nie dowolnym, bo starym i ładnie urządzonym. W mieszkaniu tym na pewno jest lampa z początku XX wieku, kuchenka gazowa, wielkie lustro i mocno wyeksploatowany tapczan. Okna są duże, wpada wiosenne, popołudniowe światło, które – jak wiadomo – sprzyja zauroczonym, czy raczej zauroczeniom.

Ona się uśmiecha dość zachęcająco, a on, wyczerpawszy już wszystkie żarty z brodą i nie mając odpowiednich sytuacji by zabłysnąć jakimiś sytuacyjnymi, zaczyna całować ją w szyje.  Ona szybko łapie rumieniec i bezwładnie pada w tył, na szczęście – na tapczan. Nine, albo może nawet ninety nine little kisses doświadcza jej szyja. On lubi to robić, a ona – zależnie od trafności pocałunków – raz wzdycha, raz śmieje się hamowanym śmiechem łaskotanej. Nie ulega wątpliwości, że jest im dobrze i robi się coraz lepiej. I tak całują się jeszcze dobrych parę minut, a potem, potem to już jedna wielka onomatopeja.

Fajnie się słucha tego kawałka!

The Beatles – And I Love Her

Grudzień 19, 2010

Długo się zastanawiałem – „Michelle” czy „And I Love Her”. To na pewno moje dwa ulubione kawałki Beatlesów, ale który z nich bardziej mi się podoba – tego nie jestem w stanie powiedzieć. W końcu padło na ten drugi, chyba dlatego że jakoś bardziej mi pasował do tej niedzieli i generalnie do mnie na dzień dzisiejszy.

Ci którzy już trochę czytali tego bloga, domyślają się pewnie, że słuchając tego utworu myślę o dziewczynach. To prawda, ale dziewczyny które mam w głowie słuchając „And i Love Her” to nie jakieś kolejne imaginacje, zobrazowane pragnienia czy powracające wspomnienia zauroczeń. To moje trzy najlepsze przyjaciółki. Trzy piękne, mądre i – co niezbędne by ze mną wytrzymać – cierpliwe dziewczyny. Chciałbym coś o nich napisać, ale nie wiem od której zacząć. To może żeby nie myśleć nad tym zbyt długo – będzie alfabetycznie.

Basia – mam nadzieję, że się nie obrazi, że o tym wspominam – była moją dziewczyną w 6 klasie szkoły podstawowej. Całe 1,5 tygodnia rozkosznego milczenia, spowodowanego moim zawstydzeniem. Umiałem za młodu porządnie się zauroczyć… Pamiętam, że gdy usłyszałem o jej pozytywnej odpowiedzi – ponieważ w związki wchodziło się wtedy poprzez pośredników – z wrażenia przywaliłem głową w drzwi do szkolnej toalety. Teraz wydaje mi się, że to był moment w którym do reszty wybiłem swoje szare komórki, choć czasem mam wrażenie, że stało się to jeszcze kilka lat wcześniej, gdy poślizgnąłem się na lodzie i uderzyłem łbem o chodnik. W każdym razie Basia zostawiła mnie dość szybko – pewnie dlatego, że dziewczynki szybciej dojrzewają – i dobrze. Potem nasze drogi się rozeszły na trzy czy cztery lata – nie licząc kilku spontanicznych spotkań. Jakiś czas temu odnowiliśmy kontakt i nie żałuję tego. Od małego przeprowadzam się średnio co trzy wiosny i chyba przez to nauczyłem się dość szybko przywiązywać do ludzi, bez tej umiejętności pewnie nie miałbym żadnych przyjaciół, bo mało jest osób, które znam dłużej niż parę lat i utrzymuje z nimi kontakt. Dlatego też pewnie tak szybko przywiązałem się do Basi, i do naszych spotkań przy kawie i gorącej czekoladzie. „And i love her”.

Hmm, co jest pierwsze w alfabecie, „K” czy „M”…

Karina. Karina przeprowadziła się do Łodzi, co sprawiło, że rozpoznałem w sobie uczucie zwane tęsknotą, które wcześniej zauważałem chyba tylko w relacjach z mamą. Karina zna mnie na wylot, wie niemal wszystko, jest cierpliwą powierniczką moich życiowych i myślowych brudów. Karina umie mnie pocieszyć i wie, że jeśli chce się mnie pocieszyć to nie można mnie pocieszać. Ostatnio gdy z nią rozmawiałem o moich problemach w relacjach z pewną dziewczyną, o wielkim dole i o wyrzutach sumienia, powiedziała po prostu „Bartek, przecież wiesz, że masz przejebane w relacjach z kobietami, chyba się już do tego przyzwyczaiłeś”. „And i love her”.

Marietta lubi się ze mnie wyśmiewać i chwała jej za to. Rozmowy z nią sprowadzają mnie na ziemie i ładują pozytywną energią. Zazdroszczę jej ambicji i siły do realizowania tego co sobie zamierzyła. Kiedyś się w niej podkochiwałem, ale albo tego nie zauważyła, albo udawała że tego nie zauważyła. Może i dobrze. Patrząc na moje doświadczenia z relacji z kobietami – na pewno dobrze. Zniosła moje śpiewanie i cierpliwie słuchała, gdy natchnęło mnie żeby poczytać na głos wiersze. Moje wiersze, których jest na szczęście tylko parę i które są najgorszymi wierszami świata też wysłuchała i nie uciekła, co mnie wyjątkowo wzruszyło. Też miała łzy w oczach i lekko się trzęsła po wyjściu z kina, po „Samotnym Mężczyźnie”. Mówi do mnie Bartosz Tępota Mindewicz. „And i love her”

I z nimi właśnie kojarzy mi się jeden z dwóch ulubionych kawałków Beatlesów.

Dobrze mi dziś chyba, dlatego wybrałem kawałek, który jest dobrem, a nawet bardzo dobrem.

Mam problemy z pisaniem, gdy czuję się dobrze, ale spróbuję. W najgorszym wypadku nie doczytacie tego krótkiego wpisu do końca i ograniczycie się do przesłuchania „I Can’t Help Myself” co w sumie złem nie będzie, bo notatki to tutaj tylko dodatek. Chyba.

Jest czwartek. Logika mi podpowiada, że jutro będzie piątek. To miło, bo lubię piątki. W piątki można tańczyć, a w najbliższy piątek będę mógł grać i tańczyć, czyli spełnienie marzeń. Może jestem prosty, ale nie ma dla mnie nic przyjemniejszego od np. puszczenia „Roxane” Police na imprezie, wykrzykiwania „you dont have to wear that dress tonight” i skakania podczas refrenu. Przechodzą mnie wtedy dreszcze i czuję się trochę jakbym dotknął absolutu. Nie wymagam zbyt wiele od życia, albo po prostu mam pierdolca na punkcie muzyki.

Lubię zakochiwać się w obrazkach. I w postaciach z filmów. Dziś zakochałem się w zdjęciu Renee z „Coffe and Cigarettes”. Nie jestem zbyt wstydliwym chłopcem, ale wydaje mi się, że gdybym pracował w kawiarni do której ona przyszłaby napić się kawy, zachowałbym się dokładnie jak chłopak w filmie. Jak półmózg. Nieporadnie. Beznadziejnie. I tak jak on, wiedząc o tym w jakim jestem stanie, nie potrafiłbym się oprzeć pokusie, by podejść jeszcze raz i zaproponować dolewkę kawy. Chuj z tym, że straciłbym wtedy wszelkie szanse. Może w ogóle nie było żadnych szans, ważne, że spędziłbym jeszcze tych kilka sekund tak blisko niej. Renee, jesteś piękna. „I cant help myself”.

%d blogerów lubi to: