The Blizzars jeszcze raz. Bo ostanio się w nich zakochałem. „Faithless Sleep” to mój drugi ulubiony utwór z płyty „Im Your Guy” z 1965 roku, zaraz po „I Will Love You”.

Gdy słucham tej płyty w mojej głowie pojawiają się wszystkie wspomnienia związane z nocnym błąkaniem się po mieście, spotykaniem ludzi równie dziwnych jak ja i wspólnym snuciem grzesznych, anarchistycznych marzeń o napadach, ucieczkach, porwaniach, skandalach, buntach itd.

Gdy słucham tej płyty czuję się wolny, mam wrażenie, że jedyne zmartwienie jakie mi pozostało to kobiety.

Gdy słucham tej płyty, czuję się jakbym miał prawdziwego przyjaciela, takiego od wczesno-szkolnych lat. I jakbyśmy postanowili pewnego dnia wyjechać. Spakowalibyśmy się, dwie torby wrzucilibyśmy do bagażnika. Byłyby wakacje, on by prowadził, ja gapiłbym się przez okno i ustawiał muzykę. Słońce, dużo słońca, pola, drogi asfaltowe i żwirowe, miasta i wsie. Brak celu podróży. Co jakiś czas stacja benzynowa i Coca Cola ze szklanej butelki pita. Wiatr we włosach i papieros w ustach, okulary przeciwsłoneczne na nosie. Dużo różnych ludzi. Dorywcze prace, drobne przekręty, nocne podrywy. I tak do jesieni. Potem powrót, z tarczą lub na tarczy. Na pewno nie z duszą na ramieniu. Z duszą odświeżoną, kurzem z serca zdmuchniętym.

Faithless Sleep

i kadr z „Rumble Fish” F.F. Coppoli

Reklamy

Czym byłby świat bez psych rocka czy psych popu. W ogóle bez psychodelicznej muzyki (która, jak zaobserwowałem, często ludziom kojarzy się z hardkorowym, ciężkim do słuchania graniem – porque?).

„I will love you” The Blizzards uważam za utwór wyjątkowo klimatyczny, romantyczny, filmowy i charakterystyczny.

Uważam też, że spokojnie mogliby go słuchać Sailor i Lula jadąc kabrioletem w „Wild at Heart”.

…Zachód słońca, autostrada, lata siedemdziesiąte, Dodge Challenger, ja i młoda Laura Dern (albo jeszcze lepiej – Patricia Arquette z „True Romance”), dwa Colty w schowku, The Blizzards z radia…

wyobraźnio, nie rób mi tego

…wjeżdzamy do małego miasteczka, zatrzymujemy się przed bankiem. Nie zakładamy masek, bo i tak za kilka godzin będziemy w  Meksyku. Albo będziemy martwi. Raz się żyje. Całujemy się, wyciągamy pistolety ze schowka i wchodzimy do banku. „Na ziemię i bez żadnych kurwa sztuczek!”. Pif paf. Ochroniarz się nie posłuchał i umarł. Ludzie panikują, niektórzy płaczą, ale nie podnoszą się z podłogi. Serca biją nam szybko, krew wrze w żyłach. Rzucam pustą walizkę na ladę. „Lepiej się pośpiesz mała!” krzyczy Ona do dysponentki pakującej dolary. Pot ścieka mi po czole. Skończyła. Zatrzaskuje walizkę. Wybiegamy, wskakuję za kierownicę. Pisk opon. Nie ma nas. 

…Zachód słońca, autostrada, lata siedemdziesiąte, Meksyk, Dodge Challenger, ja i Patricia Arquette z „True Romance”, dwa Colty w schowku, walizka pełna dolarów w bagażniku, The Blizzards z radia…

%d blogerów lubi to: