Sen był długi i męczący. Znów była w nim ona. Byliśmy w lesie. Ona zakładała pułapki, ja strzelałem do królików. Otaczały nas wielkie, stare sosny, takie jak te, wśród których spędzałem wakacje w dzieciństwie. W śnie był też dzieciak, trochę podobny do mojego znajomego z czasów podstawówki, biegał dookoła i rzucał w nas jabłkami.

W nocy przebudzałem się kilka razy. Kilka razy zasypiając wracałem do tego samego, dziwnego lasu, by kontynuować polowanie, podczas którego nie odezwała się do mnie nawet słowem.

Koło dziewiątej obudziły mnie promienie słońca wpadające przez małe okienko nad biurkiem do mojej kawalerkowej kuchnio-sypialni. Była już jesień, więc stwierdziłem, że słoneczny dzień trzeba wykorzystać jak tylko się da. Wziąłem prysznic, ubrałem się ciepło i ruszyłem nad Wisłę, do której miałem 10 minut spacerem.

Spędziłem tam pół dnia. Specyficzny zapach brudnej, warszawskiej Wisły i Praga odbijająca się na jej powierzchni przypomniały mi ją, nasze wspólne spacery i ciepłe letnie noce, podczas których chowaliśmy się pod mostem Śląsko-Dąbrowskim po obrobieniu delikatesów z ciepłych bułek i taniego wina.

Popołudniu, gdy siedziałem na betonowej płycie rzucając kaczki, pojawił się on. Facet dla którego mnie zostawiła spacerował samotnie ścieżką, którą wolałbym by tego dnia ominął. Nasze spojrzenia się spotkały. Poczułem lekki skurcz w mięśniach policzkowych. Przywitałem się:

– Cześć.

– Cześć.

– Co u ciebie słychać?

– Zostawiła mnie.

– Wyrazy współczucia. Dawno?

– Miesiąc temu.

– Też ci się śni po nocach?

– Zdarza się.

– Ona już chyba tak ma. Na początku wydaje się, że nie ma nic silniejszego od jej przywiązania. Potem okazuje się, że tak na prawdę w ogóle nie potrafi się przywiązać. Jest jak cygańska wróżka, rzuca urok patrząc się na ciebie tymi wielkimi, ciemnymi oczami, odgaduje wszystkie twoje myśli, a potem nagle znika zostawiając cię zaklętego, rozbitego, zmieszanego.

– Coś w tym jest.

– Ukradłem wino z delikatesów, napijesz się?

Siedzieliśmy tak kilka godzin, ja i jej były, anonimowi byli faceci próbujący zabić głód kobiety rozmową. Potem poszliśmy, każdy w swoją stronę, by znów o niej śnić. Był ciepły, jesienny wieczór.

SHORPY_25103u

Cheta Bakera dawno już tu nie było. Tęskniłem.

Wczoraj był świadkiem – a wręcz posądzałbym go o współudział – gwałcenia moich zmysłów oraz burzenia muru obojętności i uprzedzeń. Nienawidzę pisać o takich przeżyciach, gdy jestem jeszcze pod ich wpływem, ale też nie potrafię się powstrzymać. Czuję się jakbym kruszył cukierek na kartkę i po chwili zasypywał go solą, mieszał to w różnych proporcjach. Radość i lęk, nadzieja i obawa – nierozłączne, pojawiają się zawsze, gdy spotykam dziewczynę, która sprawia, że przestaję (a może zaczynam?) być sobą. Jestem trochę wstrząśnięty i nie rozumiem. Jakby ktoś mnie rozebrał i postawił na środku Krakowskiego Przedmieścia. Jest tak ładnie i tak dziwnie, ale ja chyba tu trochę nie pasuję. Albo nie wierzę w to, że pasuję.

Spałem długo. Wstałem i nic się nie zmieniło. Nic nie zniknęło, o niczym nie zapomniałem.

– Elena

– Bartek, miło mi

Leżałem z miną idioty zaskoczonego trudnym słowem. W końcu wstałem, wziąłem prysznic. Gorąca woda zawsze była moją przyjaciółką. Małe, rozgrzane, piekące kropelki na plecach pomagały mi zapomnieć, skupić się na czymś innym, zrelaksować. Nie dzisiaj. Dzisiaj mnie wyśmiały swoją bezskutecznością. Wyszedłem, wytarłem się dokładnie i niepewnie zerknąłem w stronę lustra. Przywitałem się z innym Bartoszem i życzyłem mu powodzenia.

Jestem dziś jednym wielkim strumieniem świadomości. Pojęcia, wspomnienia i uczucia robią burdę. Rozsądek skończył z podbitym okiem, bo się stawiał. Zobojętnienie zostało zastraszone. Jestem goły i się boję. Czuję się okropnie i jestem szczęśliwy. Wydaje mi się, że skądś to znam, ale i tak nie rozumiem.

Cieszę się, że był tam Sebastian i robił zdjęcia. Cieszę się, że zdążyłem coś zanotować, gdy zniknęła na pół godziny, zostawiając mnie na kanapie zmieszanego i zrezygnowanego. Co by się teraz nie stało – układanka mi zostanie. Fragmenty tańca, spojrzenia, uśmiechu. Smak kiwi. Zapach skóry. Chet Baker. Najładniejsze łydki jakie w życiu widziałem. Notatki zapisane flamastrem na ciele. Tych parę słów które udało mi się z niej wyciągnąć. Kawa czarna i słodka, papieros. Elena.

Deszczowa pogoda. I wieje. Schroniłem się w kawiarni i refleksjuje się. W kawiarni jest ciepło i przyjemnie. Deszczowa pogoda jest ok z perspektywy kawiarni.

W ogóle to lubię pisać w kawiarniach. Zazwyczaj piszę w kawiarniach. W sumie to nawet nie wiem, czy jestem w stanie pisać poza kawiarniami.

Mam słuchawki na uszach i słyszę Cheta Bakera. Ładniejszego trębacza świat nie widział. I ten głos… I te teksty… I ta biografia…

I guess i’m luckier than some folks
i’ve known the thrill of loving you
but that alone is more
than i was created for
’cause i was born to be blue

Trochę brak mi słów dzisiaj. Albo po prostu trudno mi się skupić na pisaniu słuchąc Cheta. Dochodzi do mnie „’cause i was born to be blue” i zaczynam gapić się tępym spojrzeniem na krople deszczu za oknem, na pałac kultury, na neony, ogłoszenia, ludzi z parasolkami, na samochody w korkach, na kałuże coraz większe na latarnie na wszystko i na nic. Zawieszony. Czujący, ale nie myślący. Popiół na papierośnie rośnie i rośnie. Potem spada mi na spodnie. Otrząsam się, strząsam go i wracam do pisania. A za chwilę znów „’cause i was born to be blue”…

Kawiarnie powinny być całodobowe.

%d blogerów lubi to: