Tak wysublimowanie trochę dzisiaj. Bo uważam, że wysublimowanie jest dobre na niedziele. I bo „Undercurrent” jest jednym z moich ulubionych albumów jazzowych.

Wiem, że powinienem dziś zrobić wiele, że powinienem wytężać mózg, pochłaniać wiedzę, pracować w pocie czoła by być kiedyś mądrym, albo chociaż wykształconym, by pokazać, że gdy chcę to potrafię. Wiem i mam to w dupie, bo ta niedziela jest jedną z najbardziej leniwych niedziel jakie było mi dane przeżywać w tym roku. Wcale mnie to nie cieszy, że znów olałem to, czego już olewać nie powinienem, ale jak mam robić cokolwiek, gdy czuję się jak personifikacja określenia „toporny”. Toporny był dwugodzinny akt wstawania z łóżka, toporne było smażenie jajecznicy, toporne było pakowanie książek do torby, a jeszcze toporniejsze – wyciąganie ich w kawiarni, wiedząc, że nie dam rady nic przeczytać. Topornie dziś muszę wyglądać, gdy tak siedzę, niby zamyślony, tak naprawdę nie myślący wcale, otępiały, skrzywdzony przez pogodę, ciśnienie, krótką dobę, temperaturę. Bo nie dzieje się nic. Tzn. jest ok i mimo tego, że jest ok wyglądam jakbym się dowiedział, że najbliższych 25 lat spędzę w łagrze. Nie wiem dlaczego, a jak nie wiem dlaczego, to na pewno chodzi o pogodę. I jutro przejdzie, i jutro wrócę do żywych.

Zima znów zaskoczyła polskich niedojrzałych chłopców. Myślałem, że nie straszna mi, że dobrze mi gdy tak ciemno i zimno, że jestem tak przyzwyczajony do mroku i przygnębienia, że już nic mnie nie ruszy.  Że będę czuł się jak ryba w wodzie. Nie. Widać zima zimie nie równa.

Miałem jeszcze powiedzieć, że lubię wolność. Lubię to, że w niedzielę mogę sobie pospać, że mogę coś zrobić, albo nie zrobić czegoś, że lubię konsekwencje, bo otrzeźwiają mnie i dbają o to, bym całkowicie się nie zapuścił. Ach konsekwencje, wiem, że przyjdziecie za kilka dni ze mną porozmawiać. Czekam.

Brakuje ostatnio w moich wpisach ładnych obrazków. I w ogóle jakoś zbyt osobiście się zrobiło. Ale czasem muszę trochę napisać o tym co w mojej głowie i emocjach, bo to po części odpowiedź na pytanie dlaczego lubię stare piosenki.

 

Jesiennie już się nastroiłem. W sumie to lubię jesień. Latem jest dość przyjemnie, ale nic nie chce mi się robić. Jesienią mam troche więcej motywacji i wpadam łatwiej w różne wyobraźnio-pobudzające nastroje.

Waltz For Debby – cudo. Idealne do deszczowych spacerów. Jeśli ktoś z Was w ogóle wychodzi w deszcz na spacer. Oczywiście nie tylko do tego się nadaje ten utwór – generalnie jest genialny.

Teraz np. po dość ciężkim dniu znalazłem się wreszcie w kawiarni (wiem, nic nowego), wyłożyłem się na wygodnej kanapie, przełknąłem espresso, zapaliłem papierosa i puściłem sobię Billa Evansa – po 15 sekundach czułem się już wypoczęty, a przynajmniej zrelaksowany. Przeżywam sobie błogostan.

Tak sobie słucham i mam ochotę na kino. Jakieś dobre kino. Znajdę coś dzisiaj? Może, ale mała szansa.

Mam też ochotę na czytanie i tę ochotę pewnie uda mi się zaraz zaspokoić.

Przydałoby się też trochę miłości, taki jazz sprawia, że rośnie mi apetyt na miłość. Ale jak to mawiają, miłość mnie nie wybiera.

Idę po kolejną kawkę, miłego słuchania.

%d blogerów lubi to: