Cheta Bakera dawno już tu nie było. Tęskniłem.

Wczoraj był świadkiem – a wręcz posądzałbym go o współudział – gwałcenia moich zmysłów oraz burzenia muru obojętności i uprzedzeń. Nienawidzę pisać o takich przeżyciach, gdy jestem jeszcze pod ich wpływem, ale też nie potrafię się powstrzymać. Czuję się jakbym kruszył cukierek na kartkę i po chwili zasypywał go solą, mieszał to w różnych proporcjach. Radość i lęk, nadzieja i obawa – nierozłączne, pojawiają się zawsze, gdy spotykam dziewczynę, która sprawia, że przestaję (a może zaczynam?) być sobą. Jestem trochę wstrząśnięty i nie rozumiem. Jakby ktoś mnie rozebrał i postawił na środku Krakowskiego Przedmieścia. Jest tak ładnie i tak dziwnie, ale ja chyba tu trochę nie pasuję. Albo nie wierzę w to, że pasuję.

Spałem długo. Wstałem i nic się nie zmieniło. Nic nie zniknęło, o niczym nie zapomniałem.

– Elena

– Bartek, miło mi

Leżałem z miną idioty zaskoczonego trudnym słowem. W końcu wstałem, wziąłem prysznic. Gorąca woda zawsze była moją przyjaciółką. Małe, rozgrzane, piekące kropelki na plecach pomagały mi zapomnieć, skupić się na czymś innym, zrelaksować. Nie dzisiaj. Dzisiaj mnie wyśmiały swoją bezskutecznością. Wyszedłem, wytarłem się dokładnie i niepewnie zerknąłem w stronę lustra. Przywitałem się z innym Bartoszem i życzyłem mu powodzenia.

Jestem dziś jednym wielkim strumieniem świadomości. Pojęcia, wspomnienia i uczucia robią burdę. Rozsądek skończył z podbitym okiem, bo się stawiał. Zobojętnienie zostało zastraszone. Jestem goły i się boję. Czuję się okropnie i jestem szczęśliwy. Wydaje mi się, że skądś to znam, ale i tak nie rozumiem.

Cieszę się, że był tam Sebastian i robił zdjęcia. Cieszę się, że zdążyłem coś zanotować, gdy zniknęła na pół godziny, zostawiając mnie na kanapie zmieszanego i zrezygnowanego. Co by się teraz nie stało – układanka mi zostanie. Fragmenty tańca, spojrzenia, uśmiechu. Smak kiwi. Zapach skóry. Chet Baker. Najładniejsze łydki jakie w życiu widziałem. Notatki zapisane flamastrem na ciele. Tych parę słów które udało mi się z niej wyciągnąć. Kawa czarna i słodka, papieros. Elena.

Dziś staram się ukryć przed czasem, albo przynajmniej o nim zapomnieć, co wcale nieźle mi wychodzi. Wstałem o wyjątkowo pożytecznej godzinie, nabiłem sobie kilka dobrych uczynków, pouczyłem się trochę i teraz nie do końca wiem co ze sobą zrobić, powinna być już 23.00, a nie ma jeszcze 20.00. Co nie znaczy, że to mi się nie podoba, lubię mieć więcej czasu niż potrzeba, lubię lewitować poza obowiązkami, słuchać muzyki, dyskutować z własnymi myślami, odpoczywać. Dlatego toczę cichą wojnę z minutami, które lubią sobie ze mną pogrywać – najpierw czekają aż nacisnę „play”, położę się wygodnie, zacznę czytać książkę bądź marzyć, a potem – potem dwa mrugnięcia i okazuje się, że tych kilka godzin czasu wolnego zdążyło się ulotnić, wyparować, uciec gdy na chwilę oderwałem wzrok od zegarka.

Vashti Bunyan, która wydała swój pierwszy album w 1970 roku („Just another diamond day” – nie sprzedał się w zbyt dużej liczbie egzemplarzy, został jednak odkryty na nowo 30 lat później i zyskał wielką popularność, ceny na portalach aukcyjnych dochodziły do 2000 dolarów) pomaga mi dzisiaj tkwić w oderwaniu od utylitarności. Marzenie przy jej piosenkach to wyjątkowo przyjemna sprawa. W ogóle myślenie o jej piosenkach, to dla mnie rozrywka wyższego rzędu.

„I’d like to walk around in your mind”. O tak, zdecydowanie jest parę osób na tym świecie, albo mniej abstrakcyjnie – w tym mieście, których myśli chętnie bym zwiedził. Ale chciałbym też, by to zadziałało w dwie strony – gdybym mógł na przykład pospacerować przez parę godzin w głowie pewnej mądrej i ambitnej Alicji, mając świadomość, że ona w tym czasie jest „u mnie”, poznaje moją wyobraźnię. Szukałbym bym u niej źródeł motywacji i prawdziwych emocji, o których nie lubi mówić, twierdząc że to publiczna onanizacja. Ona mogłaby przejść się po galerii moich fantasmagorii i iluzji, które tak ciężko mi czasem opisać. To by było ciekawe. Chciałbym.

Miłego słuchania.

 

Nie mogę się zebrać dziś. Czas robi sobie ze mnie jaja – z jednej strony mam wrażenie, że płynie powoli, za wolno, z drugiej jednak wydaje mi się, że bardzo mi go brakuje i że z niczym się nie wyrobię. I tak leżę i narzekam na powolność tej soboty, jednocześnie nie mogąc się zmobilizować do żadnego działa, wyłączając przeczytanie kilku utworów na historię literatury polskiej. Słabo.

Żeby się nie dołować zbytnio włączyłem „Ferry, cross the Mersey”. Podziałało. Nawet drgnąłem nieco, ruszyłem się trochę, przeszedłem do pozycji siedzącej i zaplanowałem wzięcie prysznica. Great success.

W piątek byłem nieszczęśliwy, bo musiałem na 8.00 rano jechać na koszykówkę, by odrobić zajęcia i dostać zaliczenie. Nieszczęście na szczęście trwało nie więcej niż 15 minut. Jak to ja – najpierw zauważyłem łydki, bo uwielbiam łydki, a jej łydki były nie byle jakimi łydkami. Też przyszła na koszykówkę, bo to mieszana grupa. Miło, uśmiechnąłem się. Potem złapałem refleksję, że ciężko jej będzie w ciągu najbliższej godziny czymś zaimponować, bo koszykarz ze mnie chujowy. Stwierdziłem więc, że po prostu będę sobą i zobaczymy co się wydarzy. No i chyba miałem tego dnia dobrą karmę, choć nie pamiętam żebym ostatnio zabłysnął jakimiś szlachetnymi uczynkami. Wyszło na to, że całkiem się dogadujemy. Mnie interesowało o czym opowiadała, a ją śmieszyły moje żarty. Czego chcieć więcej? Dlatego nigdy nie rozumiałem do końca, co jest takiego fascynującego w poznawaniu ludzi przez internet. Poznawanie na żywo jest znacznie bardziej emocjonujące.

Ale do pisania ja się dzisiaj nie nadaję, więc skończę, pójdę się myć i zacznę zastanawiać, co zrobić na kolację, żeby jej smakowało.

W niedzielę, 23.01, będziemy mieli przyjemność puszczania starych – warszawskich i nie tylko – piosenek na slamie poetyckim organizowanym w 90 rocznicę urodzin Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Młodzi poeci-slamerzy będą prezentować swoje interpretacje wierszy Baczyńskiego, a najlepszą wybierze publiczność. To wszystko w Śnie Pszczoły: na poziomie dolnym Slam Baczyński, na poziomie górnym my i nasze stare piosenki. Wejście free, zapraszamy.

Z tej okazji Adam Aston i jego przedwojenna piosenka o Warszawie. Zacznę od gitary, bo gitara w tym utworze to poezja. Może nie jest to Django Reinhardt, ale też nie o technikę czy wirtuozję mi chodzi. Po prostu gdy słucham pierwszej minuty „Warszawo, moja Warszawo”, utworu z 1932, mam wrażenie, że skomponował go ktoś kto znał przyszłość. Gitara ma w sobie tę specyficzną, przepełnioną zwątpieniem, ale i dumą,  melancholię, która – jak mi się wydaje – cechowała utwory skomponowane po wrześniu 1939 roku, czy nawet późniejsze. Dziwność istnienia. Coś w stylu „zniszczyliście mi miasto, zniszczyliście mi życie, ale ja jestem dalej, stoję tu i gram na gitarze”.

No i wokal Astona. Myślę, że nie muszę komentować. Nie próbuję sobie nawet wyobrażać emocji towarzyszących osobie, która słuchała „Warszawo, moja Warszawo” widząc zniszczone już miasto.

Nie chcę powtarzać szkolnych sloganów, ale naprawdę ważnym jest, by pamiętać. Nie chodzi nawet o czczenie wspomnień, ale o uczenie się z doświadczeń innych niż swoje własne. To trudne, ale ważne – być świadomym.

Moja pamięć historyczna jest ściśle powiązana ze starymi piosenkami, może nie jest to najlepsza metoda na poznawanie przeszłości, ale tak już mam, że po przesłuchaniu „Warszawo, moja Warszawo”, czuję się jakbym przeczytał „Powstanie 44′” Davisa i więcej mi nie trzeba, by przez najbliższych kilka miesięcy być „świadomym”.


Simon & Garfunkel – Cecilia

Styczeń 13, 2011

Trochę brak mi słów, tak ich kocham. Długo się zastanawiałem czy w ogóle coś tu o nich pisać i o jakim ewentualnie kawałku. W końcu świetnych numerów nagrali niemało. Padło na „Cecilię”, sam nie wiem czemu, chyba ze względu jedną jej strofę, którą przytoczę później i na stosunkowo pocieszne brzmienie tego utworu, bo dzisiaj zdecydowanie potrzebuje pocieszności.

Ale od początku…

W moim wypadku zaczęło się od „Absolwenta” który nieźle namieszał w mojej – piętnastoletniej wtedy – głowie. Dustin Hoffman stał się dla mnie bohaterem wygryzając Jeta Li, Johna Travoltę oraz Roberta De Niro (dziwny zestaw, ale miałem 15 lat i kisiel zamiast mózgu!). Ojczym (średniego wzrostu i z profilu nieco podobny do Dustina) opowiedział mi, jakie miał powodzenie dzięki temu filmowi, który sprawił, że laski zaczęły lecieć na niskich facetów. Nie dziwię się, gdybym był nastolatką w czasach „The Graduate” sam bym szczał po gaciach z wrażenia!

„Sound of Silence”, pierwsze miłosne rozczarowania, idealizm, wyobraźnia jeszcze bardziej naiwna i wybujała niż teraz, „Scarborough Fair”, marzenia o buncie, o zmianach, o ucieczce, o wyższych sprawach, „Mrs Robinson”, fantazje, rozbieranie młodych nauczycielek i przyjaciółek mamy w myślach, pierwszy seks celebrowany papierosem, „Bye Bye Love”, kolejne romanse, poczucie mocy, wódka i dwu dniowy zarost, „El Condora Pasa”, refleksje nad światem, nad ludźmi, empatia, wyrzuty sumienia, samotne noce pośród płyt i kartek, potem znowu ładne słowa i seks, kawa, papieros… Często byli ze mną, ten Simon i ten Garfunkel.

A teraz „Cecilia”, która poniekąd dystansuje mnie do poprzedniego akapitu, generalnie mnie dystansuje.

Making love in the afternoon with Cecilia
Up in my bedroom
I got up to wash my face
When I come back to bed
Someone’s taken my place

Są dwie główne interpretacje. Jedni mówią, że to o kapryśnej kochance, drudzy, że o Św. Cecylii – patronce muzyków. Dla mnie to bez różnicy o kim napisano ten utwór. Jest genialny. Dziś może być o Św. Cecylii, jutro o kochance, pojutrze o mnie, a w niedzielę o dziewczynie której pragnę, ale która ciągle znajduje lepszych ode mnie. Jego brzmienie pomaga spojrzeć na to wszystko z innej strony, cieszyć się tym co mnie spotyka, traktować to jako naturalną kolej rzeczy – coś z czym boryka się większość ludzi. Lubię to.

 

%d blogerów lubi to: