Jesień, wiatr, liście, chłód, katar, osłabienie. To już się zaczęło. Trzeba szukać źródeł ciepła, nie tylko dla ciała. Trzeba szukać czegoś, co w ciemny, deszczowy poranek da motywację do ruszenia się z łóżka, a wieczorem otuli ciepłym dźwiękiem, poprawi humor afirmującym życie tekstem (bądź jakimkolwiek innym poprawiającym humor tekstem, zależnie od preferencji). Ja dzisiaj znalazłem.

Nie wiem czy to moje emocje zostały rozdrobnione i poodkrywane przez pierwsze zawieje i chłody, czy po prostu ten utwór tak działa, ale gdy go słucham czuję się dosyć idyllicznie, wzruszam się w 3 sekundy – takim pozytywnym wzruszeniem, zaczynam się odnajdywać w tej jesieni, wręcz zaczyna mi ona odpowiadać, jednym słowem – afirmuję.

Jakoś tak jest w moim życiu, że każdą jesień zaczynam samotny. Nie wiem czemu, pewnie to zwykły przypadek. W każdym razie nie mam nic jesieni za złe i w tej sekundzie nawet pasuje mi ten obrazek (dla niektórych pewnie nieco żałosny), obrazek do którego już się przyzwyczaiłem, trochę jak kadr z niskobudżetowego filmu o młodym, samotnym, emocjonalnym nieudaczniku (tu kusi mnie by ukraść Nosowskiej określenie z jej nowej płyty – „bulimia serca”) – ja siedzący wieczorem sam, przed kominkiem, z kocem na kolanach i kawą w ręku, słuchający świątecznie brzmiących kawałków dla ludzi, którzy nie mają nic lepszego do robienia wieczorem, niż słuchanie świątecznie brzmiących kawałków w samotności. Gdyby jeszcze był ten kominem, ale w sumie to go sobie doprawiłem do obrazka, żeby to wszystko cieplej wyglądało.

Nie wiem czy oglądaliście film „Begginers”. Już go tu chyba polecałem. W każdym razie każdej jesieni czuję się jak taki ‚debiutant’.

Kończę uzewnętrznianie, zostawiam Wam „Creators of Rain”.

Ciężko mi było dzisiaj zebrać się do pisania. Trochę z lenistwa, trochę z listopadowego zobojętnienia. Większość dnia przeleżałem z śpiącą motywacją u boku. Potem wstałem i spróbowałem skomunikować się z kimś z otoczenia. O dialog też dzisiaj ciężko. Moi znajomi jacyś przybici jesienią, czy raczej jesienią się zasłaniający – śpią lub snują się, milczą bądź użalają się. Nie śmiałbym ich krytykować oczywiście, hipokryzji nie znoszę. Muszę przyznać, że i u siebie zauważyłem syndromy stereotypowego jesiennego pogorszenia samopoczucia.

Nie chcąc jednak zagłębiać się zbytnio w te depresyjne stany, poddawać się bez walki, postanowiłem, że poszukam pozytywnych stron wszystkiego, a co najmniej, że znajdę w sobie zgodę na związany z jesienią (choć może nie z jesienią) smutek.

Tu z pomocą przyszli mi Lambert, Hendrics & Ross.

Every mornin’ finds me moanin’
I’m alone and crying the blues
I’m so tired of paying my dues
Ev’ry body knows I’m moanin’

Lord I spend many a days and nights alone with my grief
and I pray, really and truly pray
somebody will come and bring me relief.

O tak. Słucham i czuję spokój. Spokój z lekką nutką rozpogodzenia. No i szczypta nadziei też się znajdzie. Nie jest dobrze, ale cóż począć. Jest muzyka, piękna muzyka. Wprawdzie „I’m alone and crying the blues”, ale na pewno, w końcu „somebody will come and bring me relief.” Relief – słowo klucz. Czekam i wierzę. Yes Lord.

%d blogerów lubi to: