Dziękuję Wam bardzo za wczoraj.  Dawno się tak nie bawiłem.

Teraz odpoczywam. Lubię takie powolne soboty, gdy jestem zmęczony nocą, ale też zadowolony. Szczęśliwy z wyczerpania. Palę fajki i rozmyślam, piję kawę i wspominam, zawieszam się trochę, ale mi to nie przeszkadza; czas staje się plastyczny, rozciągam każdą chwilę do granic możliwości, serce  bije sobie powoli, momentami przyśpiesza reagując na jakiś pikantny obraz w głowie by zaraz o nim zapomnieć i wrócić do normalnego rytmu.

Znalazłem utwór idealny na sobotę trzydziestego października. Delikatnie gorzki, hipnotyzujący. Bawi się moimi emocjami, żongluje marzeniami. Albo odwrotnie. Duchy kobiet pojawiają się w mojej głowie, przenikają się, odpływają by ustąpić miejsca następnym. Część z nich znam, część widzę po raz pierwszy. Pragnę wszystkich, jednocześnie pragnąc jednej. Wyobrażenie ideału rozerwane na strzępy, podzielone na elementy, które chciałbym złapać i pozszywać. Nie da się. To tylko duchy, delirium samotnego mężczyzny.

Słońce powoli zachodzi, czekam na kolejny sen.

Las Mosquitas – Cuatro Mosquitas

Październik 28, 2010

Od kilku dni ten kawałek wprawia mnie w dobry humor. W bezrefleksyjny, nie skażony myślą stan szczęścia.

Ładny ten hiszpański. Miałem się uczyć kiedyś, wyjechałem nawet na krótko do Barcelony, jednak jedyne zwroty jakie stamtąd przywiozłem, to „una wódka por favor” i „donde esta sklep monopolowy”, które zresztą dla hiszpanów były średnio zrozumiałe. Cóż, to nie był zbyt ‚intelektualny’ okres w moim życiu. Na pewno jeszcze nauczę się hiszpanśkiego!

Nucę sobie ‚lalalala lala la’ i czekam na piątek. Oczywiście tego typu starymi wałkami nie będę Was w Śnie Pszczoły molestował, co nie zmienia faktu, że lasie z Las Mosquitas dają radę i można się w ich utwory nieźle wkręcić. Polecam cover „Be my baby” (The Ronettes) w ich wykonaniu. Uroczy.

A teraz zostawiam Was z czterema słodkimi jak… hmm… bardzo słodkimi komarowymi śpiewaczkami.

Słowo tańcem się stanie. Tak jak obiecywaliśmy – 29 października, czyli w najbliższy piątek zagramy dla Was pierwszą staropiosenkową imprezę w warszawskim Śnie Pszczoły (ul. Inżynierska 3) .

Zrobimy wszystko byście nie chcieli schodzić z parkietu aż do rana. Z resztą sami lubimy się dobrze bawić i wić się oraz skakać za didżejką, więc sobotę ustanawiamy Państwowym Dniem Odpoczynku Po Starych Piosenkach.

Moje stawy trzeszczą z zniecierpliwienia.

Do informacji oraz plakatu dołączam świetny cover „Don’t give it up now” (Lyres) nagrany przez szalonego Question Marka i jego Mysterianów.  Zaszaleli chłopaki!

 

 

Tina & Ike Turner – Proud Mary

Październik 24, 2010

Mało tu piszę ostatnio. Wiem. Cały czas mówię sobie, że coś zrobie, ale tego nie robię, wiec powtarzam sobie, że to zrobię, żeby tego nie zrobić. Tak jest ze wszystkim. Generalnie ostatnio mam dwie prędkości, śpię i narzekam. Stałem sie chodzącą zgorzkniałą krytyką wszystkiego i wszystkich. Wszystko czego sie dotykam odkładam na póżniej. Mam wrażenie, że wszystko się toczy, błędnym kołem. Dlatego dziś czas na tą piosenkę, bo wszystko sie toczy. Jakoś obok mnie. Czas wziąć kontrolę. Jakby to powiedział Fromm, albo jakiś inny mądry koleś – czas wziąć odpowiedzialność za siebie (może dodał by jakieś przekleństwo).

Piosenka ta dokładnie tak jak ja, ma dwie prędkości. To jest w niej chyba najlepsze. Poczekajcie do jakiejś 3 minuty. Oglądaliście te filmiki o spaleniu Jadło? Czy to nie jest epickie pierdolnięcie? Można zejść na zawał.

Tine można lubić albo nie lubić, Ike’a jak sie widziało ten film o nich, można tylko nie lubić. Proud Mary można tylko kochać. Co do lubienia Tiny jak miałem jakieś 3 latka zawsze mówiłem „Mamo babcia Tina w telewizji.”, to chyba o czymś świadczy. To nie ich kompozycja, a niejakich Creedence Clearwater Revival, zwykłem wrzucać te najstarsze i oryginalne wersje, ale po pierwsze tamta jest mało znana, a po drugie stężenie hipisiarstwa w niej jest za duże jak na moje uszy.

Enjoy

The Kinks – A Well Respected Man

Październik 22, 2010

Jeden z moich ulubionych zespołów. Jedno z moich rock n rollowych (post punkowych?) uzależnień. Choruje na ich teksty, od których przechodzą mnie dreszcze. Ich muzyka odbiera mi kontrolę nad ciałem, gdy słyszę Kinksów zaczynam tańczyć, a co najmniej ostentacyjnie tupać.

Cieszę się, że:

– nie codziennie wstaję rano,

– moje dni nie są zaplanowane co do minuty,

– nie chodzę tymi samymi ścieżkami, a wręcz często się gubię,

– nie jestem taki dobry,

– nie jestem taki fajny,

– nie jestem taki zdrowy (ani na ciele, ani na umyśle),

– nie jestem tak szanowany, bo nie prowadzę się tak wzorowo,

i że na nic dziś nie liczę, i że niczego się dziś nie spodziewam, i że nie obchodzi mnie, gdy inni się ze mnie naśmiewają.

To mi daje satysfakcję i motywuje mnie.

A Kinksi utwierdzają mnie w przekonaniu, że wszystko jest tak jak być powinno.

Bo jak napisała dzisiaj Marta – wszyscy chorujemy na tą samą chorobę. Tylko, jak widać, słuchamy różnej muzyki.

A Ty, z czego się dziś cieszysz?

 

 

%d blogerów lubi to: