Jedna z moich ulubionych kompozycji Gershwina. Mnóstwo świetnych wykonań… Czemu zdecydowałem się na wykonanie Loli? Hmm… Wykonanie Sary Vaughan to moc, Franka Sinatry – klasa i urok, Lee Wileya – styl, a wykonanie Loli Albright to zdecydowanie słodycz. A dziś potrzebowałem słodyczy, dużo słodyczy z samego rana. Bo znowu mokro i chłodno, ale mniejsza już z wilgocią i chłodem, ale tak długo nie widziałem się z Panią Wspaniałość, która wraca dopiero jutro, nie dziś, jutro… Więc słodycz z rana była potrzebna. A do tego zaraz spotkanie, poważne spotkanie służbowe na którym będę musiał dobrze się zaprezentować i przekonać rozmówców, że mam w sobie trochę mądrości i polotu… Dlatego też z rana potrzebuje słodyczy. A Lola ma jej dużo w swoim głosie. Więc korzystam, czerpię garściami.

Ciekawe czy w lipcu 1957 roku (roku nagrania tego wykonania) też sobie siedział jakiś chłopiec, chwilę po zjedzeniu grzanek z miodem truskawkowym na śniadanie, z papierosem w ustach i kawą czarną gdzieś w zasięgu ręki, rozmyślający o pogodzie, która go oszukała, delektujący się śpiewem Loli, tęskniący za ukochaną. Jeśli taki był i jeszcze żyje, to chciałbym go spotkać, zapalić z nim papierosa (o ile jeszcze nie rzucił) i zadać mu parę pytań. Jakich? Tajemnica.

1957 musiał być super rokiem, skoro wydawano wtedy utwory dające ludziom tyle słodyczy, tak relaksujące, wypełniające pogodnością, piękne. Ależ ona mi poprawiła humor dziś. Lolo Albright, padam na kolana, całuję stopy. Jesteś boska.

The Knack – My Sharona

Lipiec 27, 2011

Klasyk. A że dziś dalej pada i pewnie prędko nie przestanie, postanowiłem dać coś nieco żywszego niż zwykle. W ogóle co z tym latem? Powinno być słońce, bo stare piosenki dobrze się słucha w czarnych szkłach, na leżaku, czując jak skóra się nagrzewa. Oczywiście, są stare piosenki idealne na deszcz czy śnieg, ale w lipcu wolę raczej słuchać „I get around” niż „Let it snow”.

A tak poza tematem – byłem parę dni temu na filmie „Debiutanci”. Polecam każdemu, jeden z lepszych jakie widziałem w tym roku. A do tego na ścieżce dobry jazz i blues, między innymi „Stardust” Hoagiego Cormichaela, które uwielbiam.

A „My Sharona”…  To jeden z tych utworów, które może i nie są super taneczne, ale mają taki klimat i tekst, że ludzie przy nich odlatują, bawią się, rozkoszują, podrywają. Dlatego gram go chyba za każdym razem na swoich snopszczołowych imprezach na Inżynierskiej.

Dziewczyny przy nim wariują. Śmieją się, śpiewają, kokietują. Chłopcy nie aż tak, ale co tam, chłopcy nie zawsze się znają. Zauważyłem, że generalnie jeśli chodzi o utwory nieco wolniejsze, ale klimatyczne, kawałki które nie maja szybkiego, wyraźnego, tanecznego rytmu, ale za to mają świetne teksty i inne walory – dziewczyny od razu je łapią, delektują się aż miło, zaczynają przy nich tańczyć tak fajnie, naturalnie, z emocji a nie mechanicznie – a chłopcy jakoś niekoniecznie, nie wszyscy, wielu przestaje tańczyć i dopiero po chwili, gdy widzą jaką ta muzyka sprawia przyjemność ich towarzyszkom próbują się w tym odnaleźć, choć niekoniecznie im to wychodzi. Np. przy turboseksownym  „Down in the Mexico” The Coasters, czy przy kawałkach jak „Be bop a Lula” Gena Vincenta. Tak już jakoś jest.

Mam nadzieję, że da Wam The Knack trochę energii w tych trudnych jak na środek wakacji warunkach atmosferycznych.

Piotr siedział na krawężniku i drapał się po spalonych słońcem plecach. W myślach ubolewał nad tym, że przez przypadek wyszedł z mieszkania w japonkach brata, które były o dwa rozmiary większe od jego i gubił je co trzy kroki. Był lipiec, upalny lipiec, godzina 13.00, czyli wyjątkowo gorąca godzina, a krawężnik na którym siedział młodzieniec należał do Warszawy, czyli wyjątkowo betonowego i przewodzącego ciepło miasta. Za młodym, drapiącym się co chwilę po plecach chłopakiem, była kawiarnia. W kawiarni pracowało dużo przychylnych mu osób, więc nie narzekał  przynajmniej na brak zimnej Coca Coli.

Drobna, kobieca stópka nie zauważyła szklanki Piotra i trąciła ją przechodząc powodując stłuczenie. Chłopiec wybity brutalnie z rozmyślań o japonkach podskoczył lekko na krawężniku, obrócił się i zlustrował od góry do dołu (albo odwrotnie) właścicielkę nieostrożnej stópki. Nad nią było słońce, wyjątkowo oślepiające słońce, więc nie był w stanie dostrzec twarzy, lecz na podstawie najśliczniejszych, najzgrabniejszych (mimo lekkiej krzywości) nóg świata oraz bezbłędnie dobranej do nich sukienki Piotr stwierdził, że musi być piękną dziewczyną. Nie mylił się. Dziewczyna kucnęła pokrzykując „ależ przepraszam, przepraszam, przepraszam!” i zaczęła sprzątać rozsypaną szklankę, ukazując Piotrowi między innymi swoje całkiem długie, związane z tyłu blond włosy, szare oczy i usta delikatnie różowe. Pachniała konwaliami.

Głupio się zrobiło Piotrowi, że dziewczyna zawstydzona zbiera teraz odłamki szkła. Chciał jej przekazać, że nie musi tego robić, jednocześnie wyrażając zachwyt nad jej urodą.

– Nic się nie stało, nie sprzątaj, jesteś najpiękniejsza.

Dziewczynie wystąpiły rumieńce w kolorze ust.

– Myślę, że trochę sprzątania mojej urodzie nie zaszkodzi.

– Wolałbym żebyś ze mną chwilę porozmawiała.

– Jeśli znajdzie się dla mnie jakiś nieparzący kawałek chodnika, to wydaje mi się, że nie ma przeszkód.

Piotr podłożył dziewczynie nieprzewodzące ciepła czasopismo.

– Jak masz na imię?

– Pola.

– Ładne imię. Jestem Piotrek. Miło że ze mną usiadłaś. Ciężko kogoś spotkać w taki upał.Wydawało mi się zawsze, że w zimę jestem najbardziej samotny. Jednak latem wcale nie jest wiele lepiej.

– Nie myślałam o tym nigdy. Czemu masz takie duże japonki?

– To pomyłka.

– Aha. Długo już tu tak siedzisz?

– W zasadzie odkąd wyszedłem z mieszkania i zorientowałem się, że gubię japonki co trzy kroki.

– Nieciekawie.

– E tam. Nawet miło się siedzi. Ładna sukienka.

– Dziękuję. Czy jest coś co chciałbyś o mnie wiedzieć nim sobie pójdę?

– Kim chciałabyś zostać w przyszłości?

– Hmm, dokładnie to nie wiem, studiuje zarządzanie, ale myślę nad przeniesieniem się na ekonomię. Chyba chciałabym być maklerką. A Ty?

– Wędrówką.

– Co?

– Chciałbym zostać wędrówką.

Dziewczyna uśmiechnęła się dziwnie, trochę krzywo, w zdecydowanie ujmujący jej powabu sposób, podrapała się po głowie, wstała, jeszcze raz przeprosiła za szklankę i poszła w swoją stronę.

Piotr posprzątał szkło, poszedł po kolejną Coca Colę (co trzy kroki gubiąc japonki) i usiadł z powrotem na krawężniku by czekać, aż znów ktoś potknie się o jego szklankę.

+++

Polecam każdemu bardzo film „Blue Valentine” z którego znam tę piosenkę. Ryan Gossling jak dla mnie w swojej najlepszej roli. Przy okazji większość muzyki nagrana przez Grizzly Beara, ale też parę utworów Gosslinga, trochę w stylu Dead Man’s Bones (jego projekt muzyczny).

Barbara – Göttingen

Lipiec 6, 2011

Mokry lipiec, co począć. Ratuje się kawiarnią. Deszcz jest znośny, a nawet całkiem przyjemny, gdy obserwuje go z perspektywy kanapy w Czułym Barbarzyńcy popijając czarną kawę i słuchając Barbary śpiewającej o Getyndze. To jedna z tych piosenek, które potrafią otoczyć ciepłem i wprawić w stan lekkiej melancholii jednocześnie. Nie znam francuskiego, więc musiałem zadowolić się angielskim tłumaczeniem. Tekst jest piękny, więc zamieszczę to tłumaczenie w całości.

Słuchając „Gottingen” czuję się trochę jak podczas czytania „Blaszanego bębenka”. Też ma w sobie trochę pozornej naiwności (jak w niektórych wspomnieniach z dzieciństwa Oskara). W „Blaszanym bębenku” mamy Niemców i Polaków, tutaj Francuzów i Niemców. I tu, i tu jest dużo wspólnych, trudnych wspomnień, napięć. Uwielbiam ten rodzaj, tę formę przekazu. Trudno mi ją nazwać, myślę że bardzo do niej pasuje określenie „armaty ukryte w kwiatach”, jak to się mawia o muzyce Chopina. Tak, zdecydowanie „Gottingen” i „Blaszany bębenek” to takie armaty ukryte w kwiatach.

Dobra, żeby tu nie nudzić za dużo zostawiam Was z Barbarą i angielskim tłumaczeniem jej tekstu. „Gottingen” idealnie wpasowuje się w dzisiejszą pogodę.

Of course, it’s not la Seine

It’s not Vincennes’ wood,

But it is pretty anyway

In Göttingen, in Göttingen.

 

No quays, and no old tunes

moaning and dragging on

But love still blossoms here

In Göttingen, in Göttingen.

 

They know better that us, I think,

The history of the kings of France

Herman, Peter, Helga and Hans,

In Göttingen.

 

Don’t get offended,

But the tales of our childhood,

„Once upon a time” start

In Göttingen.

 

Of course, we have la Seine

And our Vincennes’ wood,

But God, the roses are beautiful

In Göttingen, in Göttingen.

 

We have our pale mornings,

The grey soul of Verlaine,

Them, they are melancholy itself

In Göttingen, in Göttingen.

 

When they don’t have anything to say,

They stay here and smile to us

But we understand them anyway

The blond children of Göttingen.

 

Too bad for those who are stunned

May the others forgive me,

But children are the same,

In Paris or in Göttingen.

 

May never come back

The time of blood and hatred

Because there are people I love

In Göttingen, in Göttingen.

 

When would ring the alarm

If we had to take up arms again

My heart would shed a tear

For Göttingen, for Göttingen.

 

But still, it is pretty

In Göttingen, in Göttingen.

%d blogerów lubi to: