Wyciszony dość dzisiaj jestem i myślę trochę więcej niż zwykle. I słucham D. Washington. I gdybam.

What a difference a day makes
There’s a rainbow before me
Skies above can’t be stormy
Since that moment of bliss, that thrilling kiss
(It’s heaven when you find romance on your menu)

Przeglądam moje menu i co widzę? Pobudkę, dość kłopotliwą. Moment wyciszenia budzika, kilka westchnień. 20 minut leżenia z zamkniętymi oczami i zbierania się w sobie. Potem dynamicznym ruchem zrywam się złóżka – wiem, że jeśli będę to robił powoli, to nie wstanę, przykleję się znów do prześcieradła i stracę kolejnych 20 minut dnia. Podłączam nieco zabytkowe, małe radyjko w łazience, nastawiam jedną z stacji grających stare hity (jak najgłośniej) i wchodzę pod prysznic. Gorąca woda uderza w moją głowę i barki, spływa po klatce piersiowej, plecach, nogach… Nagrzewa mnie, napełnia moje zaspane ciało energią. Lubię poranny prysznic, mógłbym tak stać godzinę, jednak po 10 minutach przypominam sobię, że powinienem wyjść, wytrzeć się, ubrać się, zrobić coś.

Myjąc zęby próbuję się pozytywnie nastawić. Patrzę sobię przy tym głęboko w oczy i szukam jakiegoś błysku. Wiem, że jeśli go znajdę, to przejdę przez ten dzień z podniesioną głową.

Gdy jestem już gotowy wychodzę i zostawiam za sobą wszystkie egzystencjalne kwestie. Praca – terapia – kawa z kimś z znajomych.

What a difference a day made? 

Potem jest zazwyczaj 20 – 21. Siedzę sam w kawiarni i chwilę rozkminiam. Jak już porozkminiam to wkładam słuchawki na uszy i zaczynam pisać. Czasem pisząc marzę, czasem marząc piszę. Czasem dzień mnie zaskoczy i dzieje się coś przyjemnego. Przykładu jednak nie jestem w stanie teraz podać.

Tak chyba wygląda moje menu.

What a difference a day made
Twenty-four little hours
Brought the sun and the flowers
Where there used to be rain


Reklamy
%d blogerów lubi to: