Tomasz miał 60 lat i mieszkał w bloku; szóste piętro, mieszkanie numer 57, trzydzieści osiem metrów kwadratowych – co zsumowane daje sto sześćdziesiąt jeden. Był sto sześćdziesiąty pierwszy dzień pewnego roku, czyli dokładniej – dziesiąty czerwca pewnego roku, chwilę po dniu dziecka, którego Tomasz od dawna nie obchodził.

Tomasz w świetle prawa był emerytowanym bezrobotnym, bo większość życia pracował na czarno. W świetle prawa był też inwalidą i starym kawalerem.

Mieszkanie Tomasza składało się z dwóch niewielkich pokoi, mini-kuchni i mini-łazienki. Był też balkon. Jeden z pokoi był wypełniony książkami, starymi pudełkami i kurzem. W drugim było łóżko, 40-letnia szafa i zdjęcie na ścianie.

Ulubionym zajęciem Tomasza było sterczenie w oknie z lornetką. Nie podglądał sąsiadów, nie wypatrywał na ulicy młodych dziewcząt ani ładnych chłopców. Nic z tych rzeczy. Przeczesywał okolicę szukając wspomnień. Spędził na tym osiedlu dzieciństwo, całkiem szczęśliwe dzieciństwo, na pewno nieproporcjonalnie szczęśliwe do reszty jego życia. Potrafił przez godzinę trzymać spojrzenie zawieszone na jakimś pagórku, wspominając jak chował się kiedyś za nim po okradnięciu spożywczaka z dwóch paczek chipsów. Albo na kortach tenisowych, które kiedyś były boiskiem do piłki nożnej, na którym spędzał całe dnie. Tomasz żył wspomnieniami.

10-tego czerwca postanowił przed kolejnym ‚lornetkowym’ seansem włączyć radio. Zazwyczaj tego nie robił, muzyka często sprawiała, że wspomnienia stawały się ciężkie do przetrawienia. Cięższe niż zwykle. Ale 10-tego czerwca miał wielką ochotę na muzykę.

W popołudniowej audycji Polskiego Radia nadawali stare piosenki. Tomasz trafił na „Nigdy więcej” Piotra Szczepanika. Usiadł.

To było dawno temu, gdy był jeszcze młody. Pracował w kawiarni, jak wielu innych studentów. W wolnych chwilach pochłaniał powieści Faulknera i poezję Whitmana. Był całkiem przystojny, nawet wygadany, ale prowadził życie samotnika. Z wyboru? Tego nie był pewien nawet on sam.

Pewnego wieczoru w jego kawiarni leciał Piotr Szczepanik. Pewnego wieczoru jego kawiarnię odwiedził pewien roztrzepany facet, koło trzydziestki, w pośpiechu wypił dwie szklanki whisky i się ulotnił. Na krześle zostawił kartonowe pudełko. Tomasz schował je pod barem, jakby roztrzepany facet wrócił. Jednak nie wrócił.

Tomasz nie mógł oprzeć się ciekawości i przed wyrzuceniem pudełka postanowił do niego zajrzeć. Zawartość wywarła na nim wielkie wrażenie. Pewnie wywarłaby wielkie wrażenie na każdym młodym chłopaku zaczytującym się w poezji Whitmana. Były w nim wspomnienia – zapewne wszystkie przedmioty, które roztrzepanemu facetowi kojarzyły się z kobietą, którą najwidoczniej stracił. Były tam listy, kolczyki, nawet pudełka po prezerwatywach. I kilka zdjęć. Tomasz nigdy wcześniej nie widział tak pięknej kobiety. Zdjęcia były intymne, ale nie chodziło o nagość. Kipiały napięciem, emocjami, czymś co kiedyś musiało przepływać między roztrzepanym facetem a tą kobietą. Tomasz szybkim ruchem schował jedno z zdjęć do kieszeni, a pudełko wyrzucił do śmieci.

60-letni Tomasz podniósł się i rozejrzał po pokoju. Potrzebował kilku sekund by wrócić do siebie, do dnia dzisiejszego. Podszedł do ściany i ściągnął z niej zdjęcie. Wyłączył radio. Przeklął pod nosem. Wiedział, że to był zły pomysł.

Reklamy

Leżał na brzuchu, słońce paliło jego plecy. Nie było jesieni ani zimy, broń cię Panie Boże, było lato, piekielnie gorące lato. Na dachu leżał, a dach należał do starej kamienicy, a kamienica należała do Barcelony, albo Sewilli, albo Grenady, albo jakiegokolwiek innego ciepłego, przyjemnego do wyobrażania, sobie miasta.

Było późne popołudnie. Chłopak przeciągnął się, przewrócił na plecy, które nieco go piekły od długiego wygrzewania i spojrzał na nią. Słońce nieźle dawało, więc musiał mrużyć oczy. Zaczął zastanawiać się nad jej motywacją. Przecież była mężatką, podobno w szczęśliwym związku, a mimo tego odwiedzała go co tydzień, czasem co dwa. Zawsze chciała tańczyć, przytulać się, całować, opalać – nigdy kochać. Mówiła, że nie może. Lubiła za to słuchać jego wyobrażeń na temat ich ewentualnego seksu. Wszystko to wydawało mu się nieco nielogiczne, ale doszedł do wniosku, że w życiu to już chyba tak jest. Pocałował ją w szyję i zapalił papierosa.

Zaburczało mu w brzuchu, uświadomił sobie, że nic jeszcze nie jadł. Wstał i rozejrzał się. Lubił ten dach. Przeszedł się w stronę balustrady, parząc sobie delikatnie stopy. Miasto było piękne. Barcelona, Sewilla, Grenada. Cokolwiek. Daleko od jego zapuszczonego pokoju w kawalerce. Daleko od jesieni i zimy.

Zostałem dziś wprawiony w dobry humor 39 razy. Bo jeśli mój odtwarzacz nie kłamie, tyle razy właśnie przesłuchałem ten kawałek braci Mills.

Zaczęło się od Goslinga, a w zasadzie od Dead Man’s Bones, czyli jego zespołu, którego utworów słucham często jesienią. Potem drogą skojarzeń i impulsów przeniosłem się do wspomnień związanych z filmem „Blue Valentine”, który uwielbiam i o którym już tu pisałem. W tym filmie Gosling coveruje „You always hurt…” akompaniując sobie na ukulele. I tak dotarłem do The Mills Brothers, których już wcześniej uwielbiałem za liczne, utrudniające rzucenie palenia, kawowo-wieczorne utwory.

I szczęście nadeszło. Zebrało się chyba kilka czynników. Wyspałem się, najadłem i powoli zdrowieje. Wystarczyła zbłąkana iskra. Wiele mi nie potrzeba, cóż.

Pierwsza minuta utworu to czas na kontemplację (ale nie zbyt skomplikowaną), na lekkie kołysanie (np. na bujanym fotelu), na kiwanie głową. Potem kilka sekund na przeciągnięcie się i – finally – endorfinowo-glukozowy zastrzyk.

No i trans. Pozmywałem naczynia, wysprzątałem w mieszkaniu, zrobiłem pranie. Wciąż za dużo energii. Potańczyłem ze swoim cieniem, pośpiewałem, pofałszowałem na pożyczonym od przyjaciela ukulele. Chwila zadyszki. Zjadłem kilka łyżek miodu, popiłem sokiem malinowym i od nowa. Pierdolona męska Bridget Jones. Ale spoko, na taką słabość mogę sobie pozwolić. Mieszkam sam, nikt nie patrzy. Za chwilę hałasu w godzinach popołudniowych jeszcze nikogo nie eksmitowali. Liczą się efekty, a efektem w tym wypadku jest radość.

I ten tekst. Bracia Mills, jak ja was lubię. Teraz tylko fajnie byłoby znaleźć partnerkę o podobnym attitude, chętną do zatańczenia 39 razy tego utworu i wytrzymującą moje podśpiewywanie. To by była taka wersja de-lux dzisiejszego wieczoru.

Miłego.

The Bermudas – Blue Dreamer

Listopad 20, 2011

Choroba nie radość. Więc się nie cieszę zbytnio dzisiaj. Leżę i kontempluję. Słucham muzyki. Gapię się w monitor.

Mieszkanie samemu ma – jak wszystko – swoje plusy i minusy. Dziś mam dzień doznawania minusów. Samemu trzeba chodzić po leki, parzyć herbatę, przygotowywać jedzenie. Niezależnie od stanu zdrowia. Nie ma do kogo się odezwać. Nie ma kogo poprosić, by podał chusteczki. No cóż. Bywało gorzej.

„Blue Dreamer” całkiem wpasowuję się w tę niedzielę. Pasuje do słuchania w samotności, pasuje do gorącej wody z cytryną, sokiem malinowym i miodem, pasuje do Aspiryny, pasuje kołdry i koca, trzech poduszek, ciepłych skarpet, lekkich opowiadań. Więc zostawiam Wam, a jak mi się polepszy, wrócę do pisania kryminałów. Albo tanich romansideł. Czyli tego co wychodzi mi najlepiej.

Mój dobry znajomy mówi, że to pretensjonalny i grafomański film, najgorszy Bertolucciego. Ja się bardzo ucieszyłem, gdy wyczerpany weekendową pracą, podczas przeglądania poniedziałkowej prasy zatrzymałem się na repertuarze kin i zobaczyłem, że w Lunie grają „Marzycieli”. Bo dla mnie to dobry film na wyczerpanie, na poniedziałek i dobry do oglądania w kinie. Jest ładny i przyjemny. Jest w nim dużo dymu papierosowego, kamera krążąc między bohaterami kołysze, Eva Green czaruje (poza jej piersiami, których fanem nie jestem).

Do tego wszystkiego Joplin, Morrison, Pitt & Twings, Solal, Trenet.. i fragment kompozycji Constantina z „Les Quatre Cents Coups”.

Są świetnie wyreżyserowane i zmontowane sceny z przebitkami z starych filmów. Kocham je, bo moja głowa też tak często działa. Od małego kochałem kino, nadużywałem go i bardzo często podświadomie moja wyobraźnia szuka w rzeczywistości scen odpowiadających obejrzanym filmom. Może to nic wyjątkowego, może ten pomysł jest bardzo prosty, ale ja łapie się na niego całkowicie. Znam sporo pretensjonalnych fanów Bertolucciego, ale nie nazwałbym pretensjonalnym żadnego z jego filmów. „Marzyciele” może zbyt mało prowokują, jak na to czego można by było się spodziewać, po pierwszych kilkunastu minutach, ale nie zmienia to faktu, że przeprzyjemnie ogląda się ich w poniedziałkowy wieczór w kinie.

Co do grafomanii muszę się zgodzić, ale co z tego.

Constantin na wtorek:

i kadr z „Les quartre cents coups”, też jak najbardziej wartego obejrzenia:

%d blogerów lubi to: