Trochę się wahałem. W końcu „Two sleepy people” wykonywało wielu. Wykonywała Julie London i Lola Albright. Wykonywał Bob Hope, Tommy Fields a nawet sam Art Garfunkel. Mój ukochany Art Garfunkel. Ale padło na interpretację Cormichaela. Czemu? Chyba nastrój zadecydował. Ale nie tylko – jeśli chodzi o kobiece wykonania, uznałem że wystarczająco ich tu ostatnio. Wersja Boba Hopa wydała mi się – za przeproszeniem – lekko cipkowata, zdecydowanie nie pasująca do tekstu i charakteru „Two sleepy people”. Jeśli chodzi o Arta… hmm… Jemu nie mam nic do zarzucenia, ale Art nagrał dużo własnych, niesamowitych utworów, z których część na pewno pojawi się tu w przyszłości.

A Hoagy… Hoagy to moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Bez żadnego instrumentalnego wstępu – od pierwszej sekundy jego niski, czarujący głos. Można go z czystym sumieniem określić jako „sleepy”, „sleepy, deep voice”. Męski na wskroś. Nieco „barowy”, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W wyobraźni od razu mam starą, urządzoną przy szczodrym wykorzystaniu drewna i oszczędnie oświetloną jazzową knajpę. I pianino w rogu i Hoagy przy nim. I nieliczni klienci, z których niewielu przyszło, by rozmawiać. Większość stanowią zatopieni w rozmyślaniach, dorośli lecz nie do końca dojrzali mężczyźni – dla nich ta muzyka to ledwo słyszalny podkład, nadający ton ich rozważaniom. Część jednak przyszła tu bez bagażu tematów do rozpatrzenia, przegdybania, pożałowania. Część siedzi i słucha w skupieniu i odlatuje do jasnych, lecz nieco smutnych, nostalgicznych miejsc w swojej pamięci, związanych z przeżywaniem miłości. Wielkiej i odwzajemnionej, która kiedyś była.

Czasami zamieszczam tu fragmenty tekstów, dziś też miałem ochotę, ostatecznie jednak doszedłem do wniosku, że nie potrafię opuścić ani jednego wersu, więc zamieszczam całość:

Here we are
Out of cigarettes
Holding hands and yawning
Look how late it gets
Two sleepy people by dawn’s early light
And too much in love to say goodnight

Here we are
In the cozy chair
Pickin’ on a wishbone
From the Frigidaire
Two sleepy people with nothing to say
And too much in love to break away

Do you remember
The nights we used to linger in the hall?
Your father didn’t like me at all
Do you remember
The reason why we married in the fall?
To rent this little nest
And get a bit of rest

Well, here we are
Just about the same
Foggy little fella
Drowsy little dame
Two sleepy people by dawn’s early light
And too much in love to say goodnight

Well, here we are
Just about the same
Foggy little fella
Drowsy little dame
Two sleepy people by dawn’s early light
And too much in love to say goodnight

Reklamy

Brenda Lee – I’m Sorry

Marzec 25, 2011

Jest piątek i imprezy zaraz się zaczną i w sumie powinienem chyba czuć się trochę w obowiązku do rozgrzewania tanecznego, do zamieszczania kawałków na rozruszanie kości, dobrych do przytupnięcia czy piruetu wykręcenia, ale jakoś na Little Miss Dynamite – jak to ją zwali – mnie naszło. I choć sam dzisiaj w Śnie Pszczoły trochę rock n rolli i innych tanecznych rzeczy zagram po godzinie 1.00 w nocy, to teraz mam ochotę na szczyptę melancholii – nie własnej, nie wewnątrz, tylko tej piosenkowej, wpływającej we mnie i po chwili się ulatniającej.

Brenda Lee i jej „I’m sorry” dziś dbają o to, bym leżąc na kanapie w salonie oświetlonym jedną niskiej mocy lampką i blaskiem monitora – czyli leżąc w półmroku – poczuł relaksację, poczuł odprężenie, zapomniał o świecie. A utwór ten podsunęło mi, wspominane już kilkanaście wpisów wcześniej, Radio Nostalgia, niestrudzenie serwujące między 00.00 a 12.00 hity sprawiające, że człowiek się czuje „jak za dawnych lat” (cytując jingiel). Miałem przyjemność słuchać go rano, jadąc samochodem w miłym kierunku, będąc w dobrym nastroju. Papieros, stare piosenki, zimny łokieć – się żyje, się marzy…

…Może kiedyś – kabriolet, highway, dużo słońca, dużo czasu, zero myśli. Na pewno kiedyś! Tylko nie mogę się doczekać.

Trochę nie pisałem, aż mi głupio. Ale co począć – nie próżnowałem. Problem polega na tym, że przy całkiem dużej ilości pomysłów które pojawiają się w mojej głowie i nadnaturalnie wybujałej wyobraźni, mam problemy z podzielnością uwagi, energii, z koncentracją oraz pamięcią. Więc jak już się wziąłem za robienie Wielkiego Antykwariatu w Śnie Pszczoły – a szczególnie w ostatnim tygodniu przygotowań – trudno mi się było skupić na pisaniu. Cóż – nie można mieć wszystkiego (na raz). Teraz już po Wielkim Antykwariacie – z którego jestem bardzo zadowolony i palę się do organizowania kolejnych edycji – i mogę spokojnie coś napisać, spokojnie czegoś posłuchać.

Dziś Marianne, której twarz, gdy śpiewa „As tears go by”, jest jednym z najpiękniejszych zjawisk zarejestrowanych kamerą, jakie miałem przyjemność w swoim życiu oglądać. Jak ikona, czyli coś lepszego niż „jak z obrazka”. Lekko zmierzwione włosy, oczy takie, że w myślach dziękuję Marianne, że na tym nagraniu nie spojrzała się w kamerę, bo podejrzewam że w konfrontacji z jej spojrzeniem mógłbym postradać zmysły, a co najmniej osłabnąć. Usta niemal idealne. Prawie tak ładne jak mojej dziewczyny. Uroczy nos o prostym profilu. Marianne Faithfull – subtelna, piękna, lekko melancholijna. To co Bartosze z dlaczegolubiestarepiosenki lubią najbardziej. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Zostawiam Was z tym przyjemnym, acz nieco refleksyjnym utworem i z urodą Marianne. No i obiecuję się poprawić, tzn. publikować częściej niż ostatnio.

Nie mogłem się powstrzymać, Hardy po raz trzeci. Jestem jej małym fanem, skrytym wielbicielem, miłośnikiem jej talentu. I niestety nie potrafiłbym chyba porządnie tego uzasadnić. Bo głosem Francoise nie powala w sumie. Muzycznie też bez mega szału. A jednak. Jednak coś w sobie ma ta Hardy, że słuchając niektórych jej utworów się ślinię (niekoniecznie fizycznie, zazwyczaj mentalnie).

Abstrahując od Hardy, to dziękuję bardzo wszystkim, którzy wpadli wczoraj potańczyć przy starych piosenkach do Snu Pszczoły. Było świetnie.

Wracając do Hardy, to gdyby nie gitara brzdąkająca na początku „Le temps de l’amour”, pewnie nie wstałbym dzisiaj z łóżka. Jednak gdy ją usłyszałem zapragnąłem poczuć smak kawy, to było silniejsze ode mnie. O tak, smak i zapach czarnej, słodkiej kawy. Przez E. (A w zasadzie dzięki E.), zacząłem słodzić kawę miodem. Gdy zasugerowała mi to po raz pierwszy, wyśmiałem ją trochę i stwierdziłem, że ostatnim co mogę zrobić z kawą, jest słodzenie jej miodem. I znów wyszło, że mój pogląd nie miał nic wspólnego z rzeczywistością, a bariery cywilizacyjno-kulturowo-stereotypowe powstrzymywały mnie przez wiele lat, przed poznaniem jednego z najlepszych smaków świata – czarnej kawy słodzonej miodem. Mhm.

A potem wokal, wyższa szkoła jazdy, pragnienie papierosa. Totalnie to się kłóci z moimi ostatnimi przemyśleniami, odnośnie sensu palenia w ogóle i potencjalnej możliwości rzucenia. Podobno jest taka książka do rzucania, co czytając ją pali się coraz mniej, a po skończeniu przestaje się palić w ogóle. Akurat. Założę się, że nawet gdybym ją przeczytał, moja radość nie trwałaby zbyt długo. Puściłbym Hardy i całe rzucanie w błoto.

Miłej niedzieli Wam, miłych kaw i papierosów (do których oczywiście nie namawiam, bo są złe i generalnie to sam już ich nie lubię, ale czasami – niestety około dwudziestu razy dziennie –  tak bardzo ich pragnę, że nie mogę się w żaden sposób powstrzymać). Miłych starych piosenek. Odpoczywajmy.

Nie wiem, czy zdanie można zaczynać od „O”, ale nawet jeśli nie, to trudno, bo muszę. O tak, o to właśnie chodziło. Słońce, rześkość, pogodność. Gdyby jeszcze było o dwadzieścia stopni cieplej… O tak, to byłoby spełnienie marzeń. Ale nie ma co narzekać, lepszy słoneczny chłód, niż mroczny mróz, bądź ciemna wilgoć. Z resztą, przy takiej piosence zawsze można sobie wyobrazić tych kilka brakujących stopni.

„Douliou Douliou…”, pierwsze skojarzenie – dzieciństwo. Wizyty u dziadków, bądź niedzielne przedpołudnia z mamą i wspólne oglądanie filmów z Louisem de Funes. Miód. Na samo wspomnienie robi mi się ciepło, miło, błogo. To były czasy. Nie było PITów, CITów, pracy, nauki, rat. Był Żandarm z Saint-Tropez. Ach ten Louis i jego urok osobisty! Podobno wzorował się na Kaczorze Donaldzie. Lubię to. Trzeba być naprawdę wyluzowanym i spełnionym gościem, by mieć jako autorytet nie jakiegoś Mandelę, Ghandiego, Einsteina czy innego Piłsudzkiego (przepraszam za to dziwne zestawienie), tylko Kaczora Donalda. A na koniec polecę jeszcze każdemu „Człowieka Orkiestrę”, który poprawia humor w 3 sekundy albo nawet szybciej. De Funes przebrany za Japończyka i śpiewający „Piti pita pa” – bezcenne!

%d blogerów lubi to: