Nawet z niezłym flow ten dzień zacząłem. Już parę spraw załatwiłem, już czasu trochę na kawę mam. No i tyle słońca jakby wakacje jeszcze były czy coś. Globalnie się ociepliłem dzisiaj zakładając dwa razy za dużo ubrań jak na tę pogodę.

Nie mam teraz weny do wysublimowanych opisów, więc powiem po prostu, że Belmontsi są strasznie w cipkę jak dla mnie. „Na Na Hey Hey” ma w swoim repertuarze chyba z miliard zespołów (a co najmniej kilkanaście), mi do gustu najbardziej przypadła wersja którą dziś tu zamieszczam. Jest słodka, ale nie za bardzo. Wokale są przezajebiste (nie znam się na muzyce, więc piszę co czuje). W ogóle pomysł na aranż tego kawałka uważam za świetny. Słucham go i od razu bym klaskał, palcem pstrykał, przytupywał. Myślałem, że po godzinie czytania Faulknera będę smutnym człowiekiem co najmniej do końca dnia, a tu proszę, trzy minuty i jestem tak głupio rozpogodzony, że to szok. Bajka.

Polecam Wam, na ten słoneczny dzień, Belmontsów.

%d blogerów lubi to: