To był na prawdę miły weekend. Dużo pracy, ale i dużo dobrego. Dziś wstałem i przypomniało mi się, że chciałem się z Wami podzielić Teresą.

O Teresie długo nie wiedziałem, że jest Teresą i że śpiewa ten kawałek, który znałem tylko z sampla w utworze „Wena” Kalibra 44, wałkowanym przeze mnie niegdyś. Oświeciło mnie w samochodzie, samochód ostatnio moim miejscem odkryć. Teresę serwowali w Radiu Nostalgia, które tradycyjnie słucham zawszę nad ranem jadąc na śniadanie po pracy, bądź wracając do domu. Szybko zanotowałem kilka słów z tekstu na komórce, by mi się nie ulotniło i już ją miałem.

No i tak, no i tyle w sumie. Nie mam dziś więcej do powiedzenia, opowiadać opowiadań też nie będę, niedziela dziś pod znakiem leżenia i nucenia Teresy, tak dla odmiany.

Miłego odpoczynku, mili moi.

Reklamy

Piotr się obudził. Ziewną dosyć szeroko i przeciągną się aż strzeliło w kościach. Spojrzał na zegarek – była ósma, dawno nie wstał tak wcześnie. Uznał to za mini-znak, subtelny sygnał od jego mózgu, że należy coś zmienić, zrobić coś, cokolwiek. Podniósł się na łokciach i rozejrzał bo kawalerce – z zlewu wystawały naczynia, z popielniczki wysypywały się papierosy, po podłodze walały się śmieci a muchy prowadziły powietrzną bitwę nad otwartą butelką coca coli. Położył się z powrotem, zamknął oczy i policzył do dziesięciu. „8, 9, 10… teraz albo nigdy!” – zerwał się z łóżka i zrobił 10 pompek na rozruch. Potem zaatakował brudne naczynia.

Po godzinie kawalerka była nie do poznania. Wziął prysznic, nastawił pranie i usiadł z wielkim, czerwonym kubkiem wypełnionym rozpuszczalną kawą, by popodziwiać swoje dzieło. Po chwili zaczął zastanawiać się co dalej. Pierwsza nadeszła myśl najbardziej niechciana – „dawno nie pracowałeś!”. Piotr otworzył komputer i zaczął odpisywać na maile. Jeden, dziesięć, czterdzieści. Trochę się tego nazbierało w ostatnim czasie. Po pięćdziesiątym ósmym wstał, uderzył pięścią w stół i krzyknął „kurwa, kurwa, kurwa!”, co w jego wypadku oznaczało, że jest zmęczony, ale usatysfakcjonowany.

W końcu zrobił się wieczór. Piotr przypomniał sobie, że człowiek musi jeść, żeby żyć. Wygrzebał co zdatniejsze produkty z lodówki i przygotował z nich bliżej nieokreślone danie.

Gdy był już najedzony, znów zaczął się zastanawiać. „Ok, jest czysto, popracowałem też nieco, nawet się umyłem, ale czegoś mi tu jeszcze brakuje…” – głowił się i głowił. W końcu odpowiednia myśl się pojawiła, choć w wypadku Piotra była to myśl niebezpieczna – uświadomił sobie, że brakuje mu towarzystwa.

Na dziesięć, no, może piętnaście minut się zawiesił, siedząc na łóżku i gapiąc się na ścianę. Potem wstał i poszedł przeszukiwać stare kartony schowane w szafie. Wyrzucał z nich kredki, farby, gazety, spraye, nożyki i nożyczki oraz flamastry. Potem wziął się do dzieła – dzieła, które gotowe było o drugiej w nocy, czyli sześć godzin po tym, jak zaczął je tworzyć.

Stanął przed ścianą z dumną miną, a dumny był z siebie jakby przed chwilą udało mu się ulepić człowieka z gliny, choć w tym wypadku to chyba niefortunne porównanie. Piotr stworzył na ścianie kobietę. Namalował, narysował, powycinał, poprzyklejał. Wyglądała jak dzieło kolektywne grupy przedszkolnej wyprodukowane na jakiś warsztatach, ale Piotrowi to nie przeszkadzało. Najbardziej podobał mu się pomysł przyklejenia jej twarzy Jeanne Moreau, wyciętej z starej gazety.

„Dobranoc Joanno” – powiedział i położył się spać szczęśliwy.

Jimi Hendrix – Little Wing

Grudzień 11, 2011

Dziś krótko.

Zmęczony konsumowałem kotleta za cztery pięćdziesiąt w praskim barze mlecznym i nie wierzyłem, że tego dnia może spotkać mnie coś dobrego. Padało coś pomiędzy deszczem a śniegiem, miasto było zakorkowane, w mieszkaniu odłączyli mi wodę, a na dodatek znów przegapiłem dzień przesypiając akurat tych 7 godzin między grudniowym wschodem a zachodem słońca. Kotleta zapijałem rozpuszczalną, gorzką kawą i marzyłem o gorącej kąpieli. Wzrok miałem zawieszony na brudnym oknie, próbując dojrzeć co się dzieje na ulicy.

W pewnym momencie moją uwagę zwróciło radyjko ustawione obok starej, potężnej, wulgarnej baby przyjmującej zamówienia, która bynajmniej nie wyglądała na konsumentkę dobrego, gitarowego grania. A z radyjka wydobywał się Hendrix, co spowodowało, że moja nieogolona twarz nabrała dodatkowo wyrazu osłupienia i przeżyłem coś, co nazywa się chyba dysonansem poznawczym. Dysonansem poznawczym numer jeden tego wieczoru.

Nie wiem czemu tak jest, że najpiękniejsze kobiety – albo dokładniej – kobiety piękne w taki sposób, że moja wyobraźnia na ich widok mówi „życie jest piękne” i zaczyna pracować pięć razy intensywniej niż zwykle -, spotykam zazwyczaj, gdy jestem nie umyty, nie ogolony i mam minę zdziwionego yorka. Nie zasłużyłem na aż tak złą karmę. W każdym razie, gdy z radyjka dysonansowej baby wydobywał się Hendrix, do baru weszła jedna z „kobiet pięknych w taki sposób…”. Wyglądała jak aktorka filmów giallo z lat siedemdziesiątych, czyli trochę jak pożądanie, a trochę jak śmierć.  Moja zła karma musi być na prawdę silna, skoro sprowadza takie kobiety, do takich miejsc. Zamówiła herbatę i usiadła w kącie otulając się szczelnie swoim ogromnym płaszczem. Piękna kobieta przyszła na herbatę do baru mlecznego. Dysonans poznawczy numer dwa, albo numer osiem, nie wiem, bo zdążyłem się pogubić. Sączyła herbatę z cytrynką z niedomytej szklanki, a ja chowałem swoją minę zdziwionego yorka w kapturze i dyskretnie kończyłem kotleta za cztery pięćdziesiąt.

Nagle się poderwałem. Jakiś menel zapukał w okno obok mojego ucha, gestami pytając ‚czy go nie poratuję’. Kotleta właśnie kończyłem, a pieniędzy i tak nie miałem, więc uprzejmym gestem musiałem odmówić pomocy. Spojrzałem w kąt. Kobiety oczywiście już nie było. Hendrixa też już nie było. Cóż, wiedziałem, że tego dnia nie spotka mnie nic dobrego. Dopiłem gorzką kawę i opuściłem lokal.

***

A zanim sobie pójdę stąd, muszę pogratulować. Gratuluję zespołowi The Phantoms zdobycia Nocnego Marka. Polecam ich granie każdemu. W dodatku ich utwory świetnie by się wkomponowały tutaj, ale cóż, muszę poczekać jeszcze z dwadzieścia lat, by ich piosenki wystarczająco się zestarzały. A może nie?

Jak już jestem przy The Phantoms, to muszę podziękować Grzegorzowi, który uratował dzisiejszy wpis. Ze względu na ogólną końco-weekendową niemoc i stan umysłowego wyprania zapytałem go, jaki jest utwór Hendrixa, który nie jest ani „Hey Joe”, ani „Foxy Lady”, ani „Purple Haze”, a ma odpowiedni klimat, tekst, brzmienie…, coś co mnie ruszy w ten zdecydowanie zbyt senny dzień. Bo miałem wielką ochotę na Hendrixa. I Grzegorz z wszystkich jego genialnych utworów, za pierwszym podejściem, wybrał mi właśnie taki, który trafiał idealnie, spełniał wszystkie moje wymagania dnia dzisiejszego; może nawet za bardzo, bo przez chwilę odpłynąłem z papierosem w ustach i obawiałem się, że z pisania nici. Ale koniec końców udało się, niedzielny wpis jest. Miłego słuchania.

Siedział w kawalerce i pielęgnował swoje szaleństwo. Jak zwykle była noc i jak zwykle z nikim się nie spotkał. Praktykował samotność od ponad roku i czuł się z tym świetnie, nie licząc subtelnego pragnienia śmierci od czasu do czasu. Na imię miał Piotr, jakby to miało jakieś znaczenie, lat miał dajmy na to trzydzieści.

W kawalerce Piotr miał bogactwo bezwartościowych rzeczy – stary, zbyt głośno tykający zegarek, puszki po herbacie, suszarkę do prania zbudowaną z metalowych wieszaków, kalendarz z 1981 roku (przypominający mu o tym, kiedy się urodził), sztalugę, której używał jako wieszaka, gdyż wieszaki robiły za suszarkę. Dietę Piotr miał dosyć pospolitą – chleb, ser, pomidory, makaron. Pił dużo kawy i nie rozstawał się z papierosami. Ściany od dymu miał żółte, płuca czarne, twarz bladą a oczy zamglone.

W drzwi Piotra rzadko ktokolwiek pukał, czasem jakieś liczników spisywanie. Był jednak wyjątek, który go niezwykle irytował. W każdy piątek o godzinie 22.30 do jego drzwi dobijała się Kobieta. Piotr jej nie znał i nie chciał znać, w końcu praktykował samotność. A ona nieznudzona i niestrudzona, kierowana nieznaną mu motywacją, wytrwale, co tydzień, sterczała przez piętnaście minut pod jego mieszkaniem.

Kobieta w piątki o 22.00 kończyła swoją kelnerską zmianę. W pośpiechu się ubierała i wracała do domu. A mieszkała nad Piotrem. Czasem widziała go przez okno, jak blady wychodził po chleb, pomidory, makaron, papierosy. Czasem słyszała muzykę, którą puszczał. Przedostawała się do jej mieszkania rurami, kaloryferem, balkonem. Bardzo jej się podobała ta muzyka, chciała mieć trochę na własność. Wtedy zawsze po pracy  (której nie nienawidziła, ale która wprawiała ją w obojętność, co uważała za jeszcze gorsze), zaraz po zdjęciu butów i zrzuceniu kurtki, kładłaby się na kanapie i słuchała, słuchała, słuchała, podrygiwała stopami, paliła papierosy.

Kiedyś postanowiła, że nie da sobie spokoju, dopóki go nie pozna, dopóki nie zdobędzie tych utworów. W piątki po pracy zatrzymywała przy jego drzwiach i pukała. Stało się to rutyną. Jak pranie i zmywanie, jak zakupy, jak wstawanie do pracy w tygodniu nie wstawanie w weekendy. Co tydzień odbębniała swoich piętnaście minut pod mieszkaniem Piotra. Potem szła do siebie, brała prysznic, kładła i czekała na muzykę. Z rur, kaloryfera, podłogi, balkonu.

***

A „Midnight” pierwszy raz usłyszałem na stronie projektu „The Lonely Beat – One Hundred Themes From Naked City” tworzonego przez autora officenaps.com.

Kadr z „The Lost Weekend”

%d blogerów lubi to: