Stare Piosenki Radio #1

Styczeń 9, 2012

Udało się przed ranem:

Traklista:

1. Muddy Waters – (I’m Your) Hoochie Coochie Man

2. Blind Willie Johnson – Dark Was The Night Cold Was The Ground

3. The Cigarettes – You Were So Young

4. Vera (Wiera) Gran – Maria Dolores

5. The Coachmen – I’m a King Bee

6. Bobby Newton – These Empty Arms

Dawno nie pisałem. Bardzo. Podziwiam B. za sumienność i samodyscyplinę, ale tylko trochę, bo za bardzo lubię bałagan. Pomyślałem sobie dzisiaj, że kiedyś pisałem stosunkowo prężnie, bo miałem dużo problemów i mogłem pisać, słuchać i nie myśleć. Na całe szczęście dla mnie i na nieszczęscie dla mojej aktywności na tym blogu jestem ostatnio całkiem beztroskim młodzieńcem, przez co nie mam czasu na rozmyślania. Mniej rozmyślam, ale nie jest też tak, że w ogóle nie kombinuję, otóż jest 03.57 co oznacza ze wstaje za 4 godziny, problem polega na tym, że troche sie ostatnimi nocami rozregulowałem i jak zamknę oczy to sie same otwierają, żeby broić. Proszę bardzo. Jest chociaż namiastka zmartwienia pod postacią czy wstanę rano i jest od ochota na przypomnienie o sobie na tym blogu. Co dzisiaj? Chciałem opisać zupełnie inny kawałek, bo cały dzień chodził mi po głowie, problem w tym, że ma tylko niesamowity wstęp, taki skradający się jak w krainie deszczowców bas. Kawałek nazywa sie „little green bag”, niestety wraz  z rozwojem sytuacji staje się połączeniem country, hipisiarstwa i Demisa Rousosa. Strasznie. Ale możecie to sprawdzić chociażby dla samego wstępu. Może komuś spodoba sie ta stylistyka. No jak dla mnie, nie najlepiej. Więc padło na jakiś standard. Pewnie Was nie zaskoczę, numer jest znany  głównie dzięki panu ze słowem „kutas” w nazwisku, ale oczywiście standardowo- im bardziej dinozaurowo tym bardziej czadowo, więc wykonanie oryginalne. Jest przyjemnie. Słuchać tego i pisać. Chyba czasem tu wpadnę. Częściej. Nie będę gloryfikował Szanownego Pana Raya Charlesa. Nie trzeba. Nie do końca też wiem dlaczego akurat ten numer na mój comeback, chyba się nie utożsamiam z tekstem. Nie powiem, że nigdy sie nie utożsamiałem. Jest to najlepszy numer jeśli zadajecie sie z kimś toksycznym. Nie ma w nim smutku, jest realizm, i męska godność, taka z wielkimi jak tankowiec jajami. Czas sie ogarnąć. Zawsze gdy dzwonie do Ciebie, a jacyś kolesie mówią że właśnie wyszłaś… no najwyższa pora. Ale jak już napisałem jestem beztroski, jestem chyba nawet ciut ogarnięty, przede wszystkim jestem SZCZĘŚLIWY, więc to nie numer dla mnie na dziś, Wy musicie sie zastanowić czy ktoś nie rzucił na was uroku. Poporstu lubię „Unchain my heart”, poprostu sobie gra, i poprostu jest 04.35 więc do pobudki pozostało 3,5 godziny, ale przynajmniej oczka sie trochę bardziej lepią. Dobranoc. Enjoy

Tina & Ike Turner – Proud Mary

Październik 24, 2010

Mało tu piszę ostatnio. Wiem. Cały czas mówię sobie, że coś zrobie, ale tego nie robię, wiec powtarzam sobie, że to zrobię, żeby tego nie zrobić. Tak jest ze wszystkim. Generalnie ostatnio mam dwie prędkości, śpię i narzekam. Stałem sie chodzącą zgorzkniałą krytyką wszystkiego i wszystkich. Wszystko czego sie dotykam odkładam na póżniej. Mam wrażenie, że wszystko się toczy, błędnym kołem. Dlatego dziś czas na tą piosenkę, bo wszystko sie toczy. Jakoś obok mnie. Czas wziąć kontrolę. Jakby to powiedział Fromm, albo jakiś inny mądry koleś – czas wziąć odpowiedzialność za siebie (może dodał by jakieś przekleństwo).

Piosenka ta dokładnie tak jak ja, ma dwie prędkości. To jest w niej chyba najlepsze. Poczekajcie do jakiejś 3 minuty. Oglądaliście te filmiki o spaleniu Jadło? Czy to nie jest epickie pierdolnięcie? Można zejść na zawał.

Tine można lubić albo nie lubić, Ike’a jak sie widziało ten film o nich, można tylko nie lubić. Proud Mary można tylko kochać. Co do lubienia Tiny jak miałem jakieś 3 latka zawsze mówiłem „Mamo babcia Tina w telewizji.”, to chyba o czymś świadczy. To nie ich kompozycja, a niejakich Creedence Clearwater Revival, zwykłem wrzucać te najstarsze i oryginalne wersje, ale po pierwsze tamta jest mało znana, a po drugie stężenie hipisiarstwa w niej jest za duże jak na moje uszy.

Enjoy

Surfaris – Wipeout

Październik 12, 2010

Niedługo dojdę do wniosku, że ten blog nie powinien nazywać się dlaczegolubiestarepiosenki, a raczej dlaczegolubiestarepiosenk-i-trudno-mi-się-o-nich-pisze. Bo za każdym razem mam ochotę sie tłumaczyć, że trudno bo zbyt osobista, trudno, bo za mało osobista, że trudno, bo zbyt płytka, że trudno, bo zbyt bliska ideału.

Już raz się za coś takiego wziąłem – za numer intrumentalny. To jest spory problem. Gdy przeczytasz sobie tekst, to i załamać sie można i podniecić, zacytować coś i napisać, że przeżywa się dokładnie to samo co ten koleś. W intsrumentalach tak nie ma. Trzeba interpretować po swojemu. A nie chciałbym nikomu nic narzucać. Co ja zrobię, że lubię ten numer, przecież jeżeli go lubię i jest stary to będę o nim pisał. Nie o każdym numerze da sie napisać coś mega intymnego…No i znowu się tłumaczę…

Dobra. Do rzeczy. Z Wipeout jest tak, że to jest jeden z tych numerów, który jak sie zamknie oczy – przenosi w czasie i przestrzeni. Przynajmniej mnie.  Naprawdę czuję ten klimat Kalifornii i pierwszych lasek w bikini. To jest też jeden z tych numerów, które jak słyszymy gdzieś, to wiemy, że to znamy, ale za nic w świecie nie przypomnimy sobie tytułu. Lubię takie. To się wiąże z jakimś szukaniem i odkrywaniem muzyki na nowo. O wiem! Dlaczegolubiestarepiosenki-ktorych-tytułu-nie-pamietam. Tak powinna sie nazywać moja rubryka na tym blogu. Wtedy spędzałbym pół dnia na szukaniu jakiś melodii, które obijają mi się w głowie od dłuższego czasu.

Wracając do Wipeout :

Ja poprostu normalnie po ludzku lubię tą melodie i tyle – tak powinien wyglądać cały ten wpis.

Albo nie….Mam jeszcze lepszą recenzję…

Słuchaliśmy go z P. w piątek przed wyjściem z domu. Skutek był taki, że idąc ulicą, ja całą drogę robiłem tadadadadada dadada da dadada… a On tiririririri riririri riririri… To najlepsza recenzja.

Akt 1

Czas: Środek nocy, środek zimy i całkiem dawno temu. Miejsce: Most Śląsko-Dąbrowski.

Wracałem na piechotę z Centrum. Słuchałem jednego z tych beznadziejnych numerów dla porzuconych chłopców (zgadujcie dlaczego). Muzycznie tak sobie, ale tekstowo na tamtem moment akurat, dość mocno się utożsamiałem z frazą „Set me free why don’t you baby …get out of my life why don’t you baby”, dlatego zapętliłem i słuchałem tego całą drogę. To był kawałek Marka Ronsona „Stop me”. Coś mi te dwa wersy podpowiadały, ale nie miałem pojęcia o co chodzi. Gdzieś dzwoniło, ale nie wiedziałem gdzie. Obiecywałem sobie, że poszperam w necie, ale zawsze zapominałem.

Akt 2

Czas: Zeszła zima. Miejsce: Mój pokój.

Wracam jakoś w środku nocy do domu, włączam Tv, a na VH1 taka jakaś znana melodia z radia, z dzieciństwa, nie wiem skąd dokładnie, jakaś blondynka się wygina. Słucham, słucham, a ona mi tu nagle wyskakuje z „(…)Set me free why don’t you baby…get out of my life why don’t you baby”  No tak!!! Przecież to takie oczywiste, że to Kim Wilde (oszukiwał trochę samego siebie). Przyjąłem to za wiadomość tygodnia, zadzwoniłem w środku nocy do Andrzeja, że odkryłem odpowiedź na nurtujące mnie od 2-3 lat pytanie. W sobotę nawet na imprezie zagrałem ten numer. Ludzie sie bawili. Bajka. Dochodzenie zakończone.

Akt 3

Czas:Dzisiaj popołudniu. Miejsce: Mój pokój.

Siadam, żeby coś tutaj napisać. Mam ochotę na jakiś Soul. Słucham jakiś kawałków z Motown’u, z każdym następnych się uśmiecham i nie wiem na którym sie skupić. Numer po numerze. Nagle stało się, to czego pewnie się domyślacie, usłyszałem te dwa wersy -„Set me free why don’t you baby …get out of my life why don’t you baby” Szok i przerażenie. Czy ja naprawdę muszę być takim debilem? Czemu o wszystkim dowiaduję sie ostatni?

Epilog

Co by nie mówić – super numer, bardzo mocno siada na głowie, nie chcę nawet myśleć, co by było gdybym był teraz porzuconym chłopcem. Nie odpuściłem Mu, dużo czytałem, już wszystko o nim wiem.  Wersja Supremes jest najstarsza, ale jest mnóstwo cover’ów. Spędzę dziś wieczór na przesłuchaniu wszystkich. Zagadka rozwikłana. Czuwaj.

The Supremes!!!

%d blogerów lubi to: