– Zatańcz ze mną. Nie wytrzymam tego dłużej. Jeśli masz zamiar dalej milczeć, zatańcz chociaż ze mną, cisza mnie dusi, bezruch mnie dusi. Znamy się krótko, lecz za dobrze. Żyjemy nieroztropnie, ale to nic, to i tak tysiąc razy lepiej niż nim się poznaliśmy. Wiem, że możemy. Dużo wiemy, dużo mamy za sobą, nie musimy już nic niszczyć ani nikogo słuchać. Noc jest długa, zastanów się dobrze, będę tu siedział, wytrzymam do świtu, zastanów się proszę, przerwij ciszę przed świtem, zrób to nim… nie chcę już mówić o smutku i resztkach sił które mi zostały. Chcę tylko byś mi wybaczyła. Byśmy żyli razem, bo pragnę cię i wiem, że ty pragniesz mnie. Ale ta cisza mnie wykańcza, odczuwam każdą sekundę twojego milczenia, wyrywam włosy, wyłamuje palce, gryzę szklankę. Powiedz coś nim zabierze mnie szaleństwo. Zatańcz ze mną. Żyjmy.

O tym według mnie jest ta piosenka. I to chyba tyle. Nic nie wiem o wokalistce, trafiłem na ten utwór przed chwilą przez przypadek i bardzo mi się spodobał.

Będę teraz rzadziej, bo jest dużo i trudno, ale jak tylko wszystko wróci do normy, czyli do mniej i łatwiej, to częściej będę pisał o starych piosenkach.

A tak w ogóle to bardzo ładna ta Marie Laforet. I śpiewa dużo smutnych piosenek. Taka francuska Ewa Demarczyk, tylko mniej pompatyczna.

No i po hiszpańsku też dobrze jej szło.

Dobranoc.

Jeden wieczór bez kobiety i już szaleństwo do mnie macha. Być młodym chłopakiem – straszna sprawa. Być młodym, pobudliwym chłopakiem – coś jeszcze gorszego. Nie wiem jak inni to robią, że tak po prostu sobie żyją czasem bez kobiety po kilka dni, tygodni, miesięcy i nie frustrują się, nie gryzą palców, nie uderzają pięściami w ścianę, nie miotają się wściekle po pokoju, nie krzyczą wniebogłosy… I potrafią się czymś zająć, skupić się na czymś, zrobić coś pożytecznego… Mi, gdy rozstaję się z moją kobietą, koncentracji starcza góra na kilka godzin. Potem demon zauroczenia dopada mnie, obejmuje swoimi ogromnymi łapskami i ściska z całych sił. Zaczynam czuć jej zapach, szukać jej wśród przechodniów na ulicy, tęsknić każdą komórką ciała. Czy z tego się wyrasta? Czy ten zwierzak czasami śpi, czy do końca życia będę musiał z nim walczyć?

Ona na początku nie lubiła, gdy o niej pisałem. Mówiła, że przecież pisałem o tylu innych, że gdy piszę o niej, ma wrażenie, że jest „kolejną”. Wytłumaczyłem jej, że cudowne, magiczne, zabójcze kobiety nad którymi tak się zachwycałem, były wymyślone. Były zlepkiem moich pragnień, marzeń, wyobrażeń. Wypełniały w pewnym stopniu pustkę, którą odczuwa w tej bądź innej formie każdy szukający, nie zależnie od tego, czego szuka. Teraz wszystko się zmieniło, teraz nie muszę nic wymyślać, nic lepić, modelować, koloryzować. Teraz mogę popatrzeć, podejść, dotknąć, powąchać – poznawać mój ideał i pisać o nim. To co kiedyś było fantastyką, przy Niej stało się rzeczywistością. Ona chyba nawet nie wie, jak bardzo zwariowałem na Jej punkcie.

A „I want my woman” to brzmienie moich dzisiejszych myśli i pragnień.

To uwielbiam! The Cramps – punk wymieszany z rockabilly (i nie tylko), klimat horrorów klasy b, namiętność, perfekcyjna stylówa, szaleństwo. Mógłbym ich słuchać dzień i noc, mógłbym dzień i noc wymyślać filmy do ich piosenek. Tak sobie myślę, że jeśli miałbym kiedyś być rock n rollowcem, to zdecydowanie byłbym frontmanem kapeli jak The Cramps i ruszałbym się na scenie jak Lux Interior. Waliłbym w gitarę na chybił trafił, licząc że wyczaruje jakiś chwytliwy motyw, wymyślano by mi do tego łopatologiczną, ale żywą perkusję, nie przejmując się niedostatkami swojego wokalu wykrzykiwałbym bądź seksownie wymrukiwał teksty wyssane z swojej nieskoordynowanej głowy. Czego chcieć więcej? Mmm… marzenia…

„You got good taste” – Boże, co to za kawałek! Gdy go słyszę mam ochotę obdarować cały świat orgazmami. Zapewne niejednej parze ten utwór orgazm wspomógł. Damn. Jutro go zagram w Śnie Pszczoły, sto procent, i mam nadzieję że parkiet go poczuje, tak jak ja go czuje, choć,  Bogiem a prawdą – to może być niebezpieczne. Wpadajcie i zaszalejcie, startujemy o 21.00.

Mrr, nie mogę przestać go słuchać dziś, znów mam w głowie kabriolety, pistolety, napady i ucieczki, okulary przeciwsłoneczne i drogi międzystanowe. Ten kawałek pobudza we mnie wszystko, a co najmniej prawie wszystko. Rozgrzewa mój mózg, moją wyobraźnię, moją duszę. To wszystko smakuje tak dobrze… Mam ochotę dorwać moją dziewczynę i robić z nią szczęście, i robić z nią radość, i robić z nią słoneczny dzień. I zemdleć przy niej. „Good taste”…  Srogość, ostrość, popędliwość. Pociąga, buja, interesuje. Ten kawałek ma wszystko, ma charakter, ma moc. Żyć, nie umierać!

Dobra, ja sobie ochłonę troszkę i w między czasie polecę Wam jeszcze (w sumie to całą dyskografię The Cramps, ale jeśli np. nie macie czasu na całą dziś) ich dwa covery, które kocham – cover „Fever” i cover „Lonsome Town” o którym mógłbym stworzyć oddzielny wpis, tak bardzo go kocham, ale że już wcześniej o „Lonsome Town” w dwóch wersjach pisałem, to sobie daruje.

Dodaje dwie wersje – górna to kawałek w dobrej jakości, dolna to świetne nagranie z koncertu The Cramps – ma moc!

Zdradziłem Bobbiego Vintona. Mam nadzieję, że staruszek mi wybaczy. Bo gdy pierwszy raz pomyślałem o wstawieniu tu „Blue on blue” byłem święcie przekonany, że nie znam lepszego wykonania, niż to Vintona. W sumie chyba dalej nie znam, ale znajduje się chwilowo pod urokiem covera The Gals & Pals. Dobry urok, mocny urok. No i „So Easy” – hipnotyzujący utwór Röyskopp, w którym użyto sampli właśnie z covera Gals & Pals.

Jest w nim coś takiego… odrealniającego. Nie wiem czy to te chórki, czy smyczki, czy jeszcze coś innego z czego sobie sprawy nie zdaję. A może całokształt? Kto wie. W każdym razie zauważyłem w tej interpretacji „Blue on blue” jakiś lekko narkotyczny pierwiastek, sprawiający że różne dziwne obrazy pojawiają się w mojej głowie, gdy go słucham wygodnie rozłożony na kanapie, z zamkniętymi oczami. I zdecydowanie nie jestem blue, raczej confused nieco. Wyobraźnia płata mi figle przy tym kawałku, ale to nawet przyjemne.

Widzę siebie na plaży, na leżaku, słońce grzeje jak cholera, w ręce napój zimny. Bardzo zimny. Bajka, z tym że wszystko ma jakąś dziwną czerwono-szaro-niebieską kolorystykę, aż przypomniał mi się „Romeo i Julia” z Di Caprio. Nie będę się już wdawał w szczegóły, ale trochę zwariować można. A niebiański chór nadaje „Blue on blue”, słyszę tę piosenkę wewnątrz głowy, czuję jak dźwięki falują przemywając moje szare komórki. I nie ma żadnego heartache on heartache, wręcz przeciwnie, miłość jakby się sączyła gdzieś blisko, wyciekała z szczelin w ścianach świata otaczających mnie jak w „Truman Show”. I nawet wydawało mi się, że czuję hormony, jakby były jednym z składników powietrza. Dziwne. Miłe. Seks? Chętnie. Ten kawałek ma w sobie coś afrodyzyjnego, jeśli tak można powiedzieć.

Trochę dziś bełkoczę, nie wiem czy od tego kawałka, czy z przemęczenia.

%d blogerów lubi to: