Moja ulubiona ścieżka dźwiękowa. Opowiedział mi o niej kiedyś jedyny nauczyciel, którego lubiłem i szanowałem zarazem. Powiedział, że Miles był bardzo zakochany w Jeanne Moreau. I że nie mógł zostać we Francji, a ona nie chciała wyjeżdżać do Stanów. I że to było wtedy, gdy Malle poprosił go o ścieżkę do „Windą na szafot” (jeden z moich ulubionych filmów tak by the way). I cierpiący Miles zgodził się i nagrał najsmutniejszą, najbardziej przepełnioną emocjami muzykę świata. Bardzo lubię tę historię miłosną. A muzykę z tego filmu kocham.

Zdaża się czasem, że gdy nie mogę zasnąć – albo gdy po prostu nie chcę spać -, włączam ten soundtrack, siadam w oknie i gapię się na miasto paląc papierosy. Szczególnie przy „Generique” lubię tak siedzieć. Czuję się wtedy jakby czas stanął w miejscu. Myślę o Jeanne Moreau, która jest według mnie ideałem aktorki. Kobiety też.

Myśląc gapię się na chodnik – o 3 w nocy jestem w stanie uwierzyć, że zaraz pojawi się, że zobaczę ją jak wychodzi zza rogu, że wyciągnie papierosa a ja w pośpiechu ubiorę jeansy, koszulę i płaszcz i rzucę się by jej go zapalić.

Ciężko mi opisać, jak działa na mnie ta muzyka. Jest magiczna. Jest piekielnie sugestywna. Ona nie potrzebuje słów, ona działa bezpośrednio na emocje, trafia prosto do serca omijając mózg.

Reklamy
%d blogerów lubi to: