Nie mogłem się powstrzymać, Hardy po raz trzeci. Jestem jej małym fanem, skrytym wielbicielem, miłośnikiem jej talentu. I niestety nie potrafiłbym chyba porządnie tego uzasadnić. Bo głosem Francoise nie powala w sumie. Muzycznie też bez mega szału. A jednak. Jednak coś w sobie ma ta Hardy, że słuchając niektórych jej utworów się ślinię (niekoniecznie fizycznie, zazwyczaj mentalnie).

Abstrahując od Hardy, to dziękuję bardzo wszystkim, którzy wpadli wczoraj potańczyć przy starych piosenkach do Snu Pszczoły. Było świetnie.

Wracając do Hardy, to gdyby nie gitara brzdąkająca na początku „Le temps de l’amour”, pewnie nie wstałbym dzisiaj z łóżka. Jednak gdy ją usłyszałem zapragnąłem poczuć smak kawy, to było silniejsze ode mnie. O tak, smak i zapach czarnej, słodkiej kawy. Przez E. (A w zasadzie dzięki E.), zacząłem słodzić kawę miodem. Gdy zasugerowała mi to po raz pierwszy, wyśmiałem ją trochę i stwierdziłem, że ostatnim co mogę zrobić z kawą, jest słodzenie jej miodem. I znów wyszło, że mój pogląd nie miał nic wspólnego z rzeczywistością, a bariery cywilizacyjno-kulturowo-stereotypowe powstrzymywały mnie przez wiele lat, przed poznaniem jednego z najlepszych smaków świata – czarnej kawy słodzonej miodem. Mhm.

A potem wokal, wyższa szkoła jazdy, pragnienie papierosa. Totalnie to się kłóci z moimi ostatnimi przemyśleniami, odnośnie sensu palenia w ogóle i potencjalnej możliwości rzucenia. Podobno jest taka książka do rzucania, co czytając ją pali się coraz mniej, a po skończeniu przestaje się palić w ogóle. Akurat. Założę się, że nawet gdybym ją przeczytał, moja radość nie trwałaby zbyt długo. Puściłbym Hardy i całe rzucanie w błoto.

Miłej niedzieli Wam, miłych kaw i papierosów (do których oczywiście nie namawiam, bo są złe i generalnie to sam już ich nie lubię, ale czasami – niestety około dwudziestu razy dziennie –  tak bardzo ich pragnę, że nie mogę się w żaden sposób powstrzymać). Miłych starych piosenek. Odpoczywajmy.

Jakby to powiedzieć… przeżyłem wczoraj jedną z najlepszych rzeczywistości w życiu. Jakby wytłumaczyć to co powiedziałem… przeżyłem piękno i dobro, szczęście i wspaniałość i nie miało to nic wspólnego z moją bujną wyobraźnią, nie działo się w głowie, nie wymagało żadnego upiększania myślami, marzeniami, dopowiedzeniami czy naciągnięciami. Mimesis. Kurwa mać. Prawie zemdlałem z tego wszystkiego. Całkiem jakby wzięła w garść moje zmysły i wycisnęła z nich esencję. Na kilkanaście minut utraciłem zdolność mówienia, nie byłem w stanie połączyć liter w słowa, wydawałem z siebie monosylaby, miałem lekko rozchylone usta i rozbiegany wzrok, przestraszony trochę – czy raczej nie wierzący w to co się stało, otępiały leżałem tkwiąc w autystycznie szczerej i nieprzeciętnej rozkoszy.

Potem „Comment te dire adieu” i papieros. Dwa papierosy. Nie – odwrotnie, najpierw papierosy, jeszcze chwila otępienia, kilka umiarkowanie adekwatnych kawałków i dopiero „Comment te dire adieu”. Gdzieś tak w trzech czwartych papierosa. Kurwa mać, że się powtórzę. Poziom abstrakcyjności mnie przerósł. Leżałem bezwładny, wyczerpany, a Francoise Hardy gwałciła mój mózg, a powietrze było gęste od dymu i tej piosenki. Hardy, moją boginią stałaś się już śpiewając „Il saluto del mattino”, wczoraj jednak przerosłaś samą siebię wkraczając z „Comment te dire..” w takim momencie…

Nie spodziewałem się, że czysta, nie zmieniona rzeczywistość jest w stanie mnie tak wytrącić z równowagi (pozytywnie oczywiście). Ale to się stało, to było prawdziwe, trzeźwe, realne, niesamowite. Człowiek całe życie się uczy. Znów zostałem zaskoczony. Mógłbym dziś napisać rozprawkę o temacie „Ars erotica i francuskie piosenki”.

Pozytywnie i pożądliwie dziś, Francoise Hardy:

%d blogerów lubi to: