Wyszedł z kasyna i przeklął Matkę Boską, zażenowany tym, że po raz kolejny modlitwa do niej nic nie dała. Prosił ją przecież, żeby wzmocniła go, żeby nie pozwalała mu już chodzić w te wszystkie „złe miejsca”. Przegrał znów pieniądze, splunął, wsiadł do taksówki. Samochód jechał powoli, Piotr patrzył przez okno. Złota, Krucza, Jerozolimskie, Most Poniatowskiego. Czuł jak gdzieś pod klatką piersiową i w brzuchu zbiera mu się pragnienie, napięcie, jak worek pełen impulsów pęcznieje. Wiedział co to jest i że tego nie zatrzyma, próbował sobie przypomnieć jak do tego wszystkiego dopuścił.

Kiedy to było? Tydzień temu? Nie, tydzień temu już było źle. Miesiąc temu? Myślę, że trzeba by zacząć sześć lat temu. Sześć lat temu mnie zostawiła, ale to żaden powód. Sześć lat temu spisałem część siebie, odpowiedzialną za emocje, na straty. Przez dwa lata było nawet nieźle. Praca, znajomi, dużo pieprzenia. Bardzo dużo pieprzenia. Nie wiem co sobie myślałem, co chciałem tym pieprzeniem osiągnąć. A pieprzyłem jak leci. Jak lubiłem pieprzyłem, jak nienawidziłem pieprzyłem, jak dobrze mi się rozmawiało pieprzyłem, jak nie dało się rozmawiać też pieprzyłem. Wypieprzyłem z siebie resztki przyzwoitości i wrażliwości. Dziesiątki poranków, gdy zwinięty w embrion przeklinałem w myślach wszystkie swoje słabości i obiecywałem sobie, że coś zmienię. Wstyd, wstyd, wstyd. Wyrzuty sumienia szybko znikały, ale wstyd mnie nie opuszczał. Wyobraźnia, która znów zaczęła mnie oszukiwać, myśli, które przestały być moimi myślami. „Ona jest niesamowita, tak, to musi być ona, te nogi, te oczy, ta błyskotliwość, znalazłeś ją Piotrze, znalazłeś, będziesz z nią podróżował, przynosił jej kwiaty, tylko te pachnące, będziesz czuł się przy niej dobrze, budził się przy niej, śniadania jej robił, w końcu się udało!”. To przed wschodem słońca. A po wschodzie bańka pękała, a ja zażenowany, że znów dałem się oszukać, że znów Bozia nie pomogła, że… Miliony „że”, potęgujących zażenowanie. Nic, tylko pustka i smutne historie o ruchaniu. Nawet kiedyś chciałem założyć taki zespół. 

Potem ruletka. „Może skoczymy, dawno nie byliśmy”. Od słowa do czynu. 36 sposobów na spotęgowanie wstydu i zażenowania. Metalowa kuleczka od której prawie dostałem zeza. Coraz więcej kłamstw. Najpierw okłamywałem znajomych, potem samego siebie. Albo odwrotnie. Czasami siedziałem przy stolę godzinę, czasami sześć, siedem, osiem. Jak wygrywałem szedłem na dziwki, jak przegrywałem dzwoniłem do którejś z dziewczyn, które jeszcze miały ochotę być przeze mnie pieprzonymi i odreagowywałem na ich tyłkach cały zebrany żal. Ale rano i tak wszystko się potęgowało. Orientowałem się, że nie mam pieniędzy, że znów dałem się wychujać samemu sobie, że znów wypieprzyłem kogoś, kogo nie powinienem. 

Oczywiście, były też lepsze okresy. Rzucałem się wtedy w wir pracy. Kolekcjonowałem małe sukcesy, by potem móc się nagrodzić kolejną porcją gówna. Na każdy miesiąc intensywnej pracy przypadał miesiąc degrengolady. A gdzieś pomiędzy pojedyncze dni odpoczynku, gdy nie wychodziłem z łóżka, wzruszałem się filmami, które dostarczały mi kolejnych milion sposobów na oszukiwanie siebie, kolejnych milion wyobrażeń, którymi psułem każdą chwilę. I muzyka, która dawała mi nadzieję, że kiedyś wezmę się za siebie, odnajdę spokój. Nic z tego. 

Sześć lat, pieprzonych sześć lat, mógłbym się zebrać w sobie, zdobyć na…

Ale worek już pękł. Taksówka wjechała na wybrzeże, Piotr kazał zawrócić. Zadzwonił:

– Słucham?

– Cześć. Przyjmujesz jeszcze dzisiaj?

– Przyjmuję, ale musisz się pospieszyć.

– Będę za dwa kiwnięcia ogonem.

photo by Stanley Rayfield

photo by Stanley Rayfield

„Piotrze, twoje książki zostawię w kawiarni 4 Pokoje, bądź zdrów” – przeczytał smsa jednym okiem, po chwili znów zapadł w sen. Długo jednak nie pospał.

– Zgrzytasz zębami chłopcze.

Przebudził się, ale nie otwierał oczu. „Agata? Nie, Agnieszka. Agnieszka project managerka, Agnieszka blondynka, 28 lat, zielone oczy, lekko zakrzywiony nos, blizna na przedramieniu – jak była nastolatką nie zauważyła, że szklane drzwi były zamknięte, Agnieszka w separacji, Agnieszka uważająca Remarque za dobrego pisarza, Agnieszka nadrabiająca znajomością starych warszawskich tang i rubasznymi żartami opowiadanymi z dziewczęcą gracją.” Otworzył oczy.

– Zdarza mi się.

– Strasznie, jakbyś miał zaraz skruszyć sobie zęby.

– Chyba to odziedziczyłem po ojcu. Też zgrzyta. Albo to ze stresu. Możliwe też, że jedno i drugie, bo ojciec często się stresuje.

– Nie wyglądasz na zestresowanego.

– Może dlatego właśnie zgrzytam.

Przyjrzał jej się dokładnie. Miała delikatną skórę, pieprzyk nad prawym sutkiem, była szczupła. Zmierzwione podczas snu włosy działały na jej korzyść, w prostych wyglądała gorzej.

– Kto pisał? Na pewno ta młoda dziewczyna, którą wczoraj tak brutalnie zignorowałeś.

– Monika? Nie, Monika to moja przyjaciółka, rozumiała że jestem zajęty. Z resztą nie zignorowałem jej wcale.

– Kłamiesz.

– A Ty czytasz Ericha Marię.

– Jest genialny!

– Pierwszorzędny pisarz drugorzędny.

Piotr podniósł się trochę, włączył muzykę i zapalił papierosa. Słońce wpadała do pokoju przez wąską szczelinę między pośpiesznie zsuwanymi nad ranem zasłonami i oświetlało jędrne pośladki leżącej na brzuchu Agnieszki.

– Kto w takim razie jest pierwszorzędnym pisarzem pierwszorzędnym?

– Sam nie wiem, umiem rozpoznać tylko tych drugorzędnych.

Chwilę patrzyła na niego w milczeniu, a on patrzył na jej pośladki.

– Piotrze, może mała powtórka z poranka?

– Przepraszam Cię bardzo, ale chyba nie mam już sił.

– To zebrałbyś się i chociaż zrobił śniadanie.

– Za wysoko mnie cenisz.

Usiadła po turecku i też zapaliła. W tle leciały stare warszawskie tanga. Chwilę przed połową papierosa zgasiła i poszła do łazienki, po drodze zebrała ubrania.

– Kremowy ręcznik jest czysty – krzyknął Piotr za nią.

Słychać było jak bierze prysznic, powoli się ubiera. Wróciła do pokoju po 25 minutach. Pocałowała go w czoło.

– Cześć Piotrze.

– Twoja biżuteria, zostawiłaś tutaj…

– Daj Monice na przeprosiny.

Wyszła.

tumblr_mjazmcREfg1rttw4ro1_500

%d blogerów lubi to: