Stałem rano na przystanku autobusowym – marzłem i mokłem. Mókł mój czarny płaszcz, mokły moje błękitne jeansy, mokły moje buty o grubej podeszwie i słuchawki moje mokły i głowa cała też. A autobusu widać nie było. Jednego, drugiego i trzeciego też. Bezczelnie nie nadjeżdżały.

Parę metrów ode mnie, na tym samym przystanku stała Pani. Pani była bardzo ładną kobietą koło czterdziestki, może czterdziestki piątki. Włosy miała rude, a płaszcz czarny jak i ja. I szal też piękny miała, szary i wełniany. I pod parasolką schroniona była (bordową parasolką) i nie mokła w ogóle. Spojrzała na mnie miną współczującą i uśmiechnęła się. Gestem zaproponowała mi miejsce pod swoją parasolką. W sercu jakoś ciepło mi się zrobiło. Jednak się zawstydziłem, a może po prostu głupio mi było tak zajmować miejsce pod czyjąś parasolką i grzecznie podziękowałem.

A słuchałem wtedy „Me And My Arrow”.

%d blogerów lubi to: