Deszczowa pogoda. I wieje. Schroniłem się w kawiarni i refleksjuje się. W kawiarni jest ciepło i przyjemnie. Deszczowa pogoda jest ok z perspektywy kawiarni.

W ogóle to lubię pisać w kawiarniach. Zazwyczaj piszę w kawiarniach. W sumie to nawet nie wiem, czy jestem w stanie pisać poza kawiarniami.

Mam słuchawki na uszach i słyszę Cheta Bakera. Ładniejszego trębacza świat nie widział. I ten głos… I te teksty… I ta biografia…

I guess i’m luckier than some folks
i’ve known the thrill of loving you
but that alone is more
than i was created for
’cause i was born to be blue

Trochę brak mi słów dzisiaj. Albo po prostu trudno mi się skupić na pisaniu słuchąc Cheta. Dochodzi do mnie „’cause i was born to be blue” i zaczynam gapić się tępym spojrzeniem na krople deszczu za oknem, na pałac kultury, na neony, ogłoszenia, ludzi z parasolkami, na samochody w korkach, na kałuże coraz większe na latarnie na wszystko i na nic. Zawieszony. Czujący, ale nie myślący. Popiół na papierośnie rośnie i rośnie. Potem spada mi na spodnie. Otrząsam się, strząsam go i wracam do pisania. A za chwilę znów „’cause i was born to be blue”…

Kawiarnie powinny być całodobowe.

Reklamy

Siedzę w kawiarni. Jest wygodnie. Laptopa trzymam na kolanach. Mam espresso i ciastko, jestem szczęśliwy. Czas sobie płynie tak niby spokojnie. Naprzeciwko mnie siedzą dwie ładne dziewczyny i plotkują. Jedna ma na sobie szarą, jedwabną bluzkę, krótką spódniczkę i czarne rajstopy. Szatynka. Druga też szatynka. Druga też krótka spódniczka. Druga czerwony basic i czarny kardigan. Nie podoba mi się to połączenie. Palą papierosy. Jedna grubego a druga cieńkiego. Jedna się raz tak na mnie spojrzała, że aż mi sernik spadł z widelca. Miło. Jedna zdecydowanie wie jak trzeba patrzeć na faceta. Ma ciemno-zielone oczy. Dość wąską górną i dość wydatnią dolną wargę. Wąski, smukły nosek. A wracając do sernika, to jest posmarowany kajmakiem. Czuć w ustach kajmak patrząc na ładną dziewczynę – słodycz razy osiem. Całkiem epickie doznanie.

Dobra, gapić się jest nie ładnie. Wracam do espresso i rozmyślań.

Dziś krótko, instrumentalnie i klimatycznie. The Frantics. Jeśli ktoś ma dojście do jakiegokolwiek albumu tej grupy, to byłbym wdzięczny za info. Są ‚rzadcy’. The Cougars też w sumie.

Obydwa utwory są idealne do palenia papierosa wieczorem, tudzież do chodzenia w skórzanej kurtce po mieście. Frantics do palenia, Cougars do chodzenia. A już najlepiej do chodzenia po mieście w skórzanej kurtce z papierosem w ustach.

Mmm, aż zachciało mi się kawy. Takiej kurewsko czarnej, mocnej aż gęstej. O, i robi się ciemno. Pora na papierosa. „Werewolf” pobudza moją wyobraźnię, chyba zaraz sięgnę po tomik opowiadań Edgara Allana Poe. Choć poza horrorowatymi skojarzeniami, przy „Werewolf” mam też takie bardziej… „spelunowe”. Bo jakby nie było, to jest trochę spelunowy kawałek.

„Saturday Night At The Duckpond” wydaje mi się nieco bardziej romantyczne, ale – żebym nie został źle zrozumiany – „barowo romantyczne”. Coś w stylu – ‚zapuściłem się w najgorszą część miasta, przepiłem marynarkę, portfel i zegarek, poznałem piękną prostytutkę którą obroniłem przed pierdolniętym alfonsem, teraz uciekamy kradzionym kabrioletem z walizką pełną koki w bagażniku’.

Piękna Francoise Hardy. Gdy jej słucham to trochę jakby czas przestał płynąć. Albo jakbym na chwilę stanął obok czasu.

Jutro jadę na działkę. Działka jest w lesie. W gęstym, sosnowym lesie. Na działce jest drewniany domek ze spadzistym dachem. W domku jest kominek a przed domkiem jest ganek. Na ganku będę siedział w bujanym fotelu. I się bujał będę i popijał herbatę. I się patrzył na igły sosnowe i liście brzozowe. I kwiaty i ptaki i owady. I nie będę w ogóle pamiętał o Warszawie. Będę się delektował. Trochę myślami będę odpływał. I wyobrażam to sobie tak, że przez okno, które zostawię uchylone, dolatywało mnie będzie  „Il Saluto Del Mattino”.

Uwielbiam.

Uwielbiam też video do tego kawałka. Wiele bym dał, by znaleźć się choć na minutę na tej czarno-białej plaży koło Francoise Hardy. Albo żeby chociaż mi się to przyśniło. Czarno-biała plaża, słońce, Hardy, szum, śpiew, nieustające wakacje. Ech, żeby mi się to chociaż przyśniło.

Tropicombos – ?

Sierpień 25, 2010

Meksykański oldies. Wspominam przy nim Barcelonę. Mieszkałem tam w 5-piętrowej kamienicy na której dach bardzo lubiłem się wdzierać.

Słońce zachodzi. W zasadzie to już kończy zachodzić. Leżę na plecach, przy samej barierce. W dole widzę światełka – trochę lamp pozapalanych w mieszkaniach, trochę ulicznych latarni, trochę neonów… Jest mi dobrze. Myślę o dziewczynie z którą się dzisiaj umówiłem. Poznałem ją w szkole językowej. Powinna być tu za godzinę. Jest urocza, nieśmiała i błyskotliwa. Cieszę się, że spędzę z nią wieczór. Niecierpliwie się trochę. Wyciągam z torby „Grę w klasy” i czytam. Jest akurat coś o namiętności. Nie mogę się skupić. Odkładam książkę. Oddycham głęboko, powoli. Delektuje się wakacjami.

Dzień później. Spotkałem na ulicy przyjaciela z Warszawy. Akurat podróżuje po Europie i zatrzymał się na trzy dni w Barcelonie. Zaprowadziłem go na dach. Trochę leżeliśmy i wspominaliśmy, trochę leżeliśmy i snuliśmy, trochę się opalaliśmy, potem postanowiliśmy pozwiedzać barcelońskie dachy. Wspinanie – skakanie – wspinanie – skakanie. Trochę jak w filmie, tylko że wolniej i niżej. Ktoś miał na dachu ustawiony stolik, krzesełka, donice z pięknymi kwiatami. W jednej z donic była ręka manekina. Na stoliku była kadzidelnica. Z łupem wróciliśmy na dach wyjściowy.

Śmiałem się i serce biło mi szybko. Miło wspominam ten wyjazd.

Tropicombos – nazwy utworu niestety nie znam.

%d blogerów lubi to: