Dla słuchania takich coverów warto żyć.

Niedziela, chłód, szaro. Wstałem i sprawdziłem wyniki Lotto. Jedna liczba trafiona. Smutno. Nie wiem czemu, ale ubzdurałem sobie, że wygram. Może dlatego, że wczoraj, po dwóch miesiącach trzymania zimowych opon w pokoju, w końcu postanowiłem je zamontować. I zaczął padać śnieg.

W piątek graliśmy dla Was w Śnie Pszczoły, w sobotę w Żwiążmnie. Dziękujemy, że przyszliście i tańczyliście długo.

Ten cover jest dobrem. Myślę, że Screamin Jay Hawkins nie powiedziałby o nim złego słowa.

Żałuję, że jestem zbyt zmęczony by znaleźć odpowiednie słowa na wyrażenie mojego zachwytu.  Dwa dni tańczenia a dzisiaj marzenie. A marzenie potrafi zmęczyć nie mniej niż tańczenie.

Dobrze mi, bo czas się dzisiaj nie śpieszy. Wskazówka zegara też jakby odpoczywała po sobocie, zbierała siły przed poniedziałkiem. Minuty są dzisiaj wyjątkowo pojemne. Wpycham w każdą dziesiątki obrazów, emocji, wspomnień. Zastanawiam się, czy udało mi się kiedyś rzucić na kogoś zaklęcie. Ostatnio raczej sam chodzę jak zaczarowany, czy raczej oczarowany. Kto mieczem wojuje ten od miecza ginie. Wiem, że wyobraźnia mnie kiedyś zgubi. Ale czy na pewno? Przecież nie chodzi o to, że boję się chodzenia twardo po ziemi. Po prostu nie potrafię inaczej. Kocham czary, uwielbiam wypowiadać słowa zaklęć, zatracać się w misteriach, wymyślać obrzędy.

Eh kurwa. Whatever.

Spadł śnieg, kropka nad i, teraz będzie zima. Będę tęsknił i pragnął, zawieszał się podczas rozmyślań, wspominał i wymyślał przyszłe wspomnienia, kochał i milczał, kochał się i nie odpisywał na smsy, odgrywał cierpienie, symulował samotność… Czy to wszystko z lenistwa czy naprawdę jestem inwalidą?

To zdecydowanie jedna z zalet internetu, że dzięki niemu siedząc w Warszawie, mogę odkrywać takie cuda jak hiszpański cover Heartbreak Hotel wykonany przez Los Hooligans.

I jak tu być spokojnym, zrównoważonym, moralnym? Czy da się obojętnie przejść przez miasto, mijać kobiety i mężczyzn z nie zdradzającym żadnych emocji wyrazem twarzy słuchając takiego kawałka? Pewnie większość normalnych osób nie ma z tym problemu. Ja nie potrafię. Mimo chłodu ubieram mijane panie w sukienki, zapuszczam im włosy, maluje usta. Panom zakładam skórzane buty (takie, jakie miał Tom Waits w „Down by Law”) i wymięte koszule. Potem każe im spoglądać na siebie, uśmiechać się chytrze, kusić. Dalej już nie muszę nimi kierować. Zajmuje miejsce w metrze i obserwuje jak zbliżają się do siebie. Tańczą. Ruchy mają leniwe, ale i namiętne. Światła przygasają, wagon się kołysze, powietrze gęstnieje od pożądania, zaciągam się.

Nie tańczę tylko ja i dziewczyna siedząca naprzeciwko. Szczupła brunetka. Brązowe oczy, niewielki nos, różowe usta. Noga na nodze. Najzgrabniejsze łydki świata. Patrzy się na mnie, a ja staram się nie zwariować. W końcu nie wytrzymuje, zrywam się i podaję jej drżącą dłoń zapraszając do tańca. Czuję się jak samobójca z pętlą na szyi stojący na chwiejącym się stołku. Resztka mojej odwagi zwana desperacją zagląda jej głęboko w oczy. Dziewczyna uśmiecha się, zdejmuje nogę z nogi i chwyta moją dłoń. Nagle w piosenkę wkrada się niechciany komunikat – „Metro Świętokrzyska”. Tomasz Knapik wyrywa mnie ze świata marzeń. Poprawiam fryzurę, wygładzam jeansy i wychodzę z wagonu, puszczając dziewczynie z naprzeciwka oczko na pożegnanie.

Jak dobrze, że jutro piątek.

Bobby Vinton – Blue Velvet

Listopad 21, 2010

Jeden z moich ulubionych popowych kawałków ever. Jest pięknem. Bobby Vinton (podobno polskiego pochodzenia, jeśli to robi jakąś różnicę) stworzył cudo.

Gdy jadę samochodem i słucham tego kawałka, jestem w takim błogostanie, że gdybym wjechał w drzewo, mógłbym mieć pewność, że umarłem szczęśliwy. Szczęśliwy i uśmiechnięty.

Żałuję teraz, że mam tak ubogie słownictwo, bo brakuje mi synonimów „piękna” by opisać „Blue Velvet”.

Jeśli normalnie jestem marzycielem, to słuchając Vintona całkowicie tracę kontakt ze światem. Słowa „she wore blue velvet” uruchamiają cały skomplikowany system dreszczy które powoli opanowują moje ciało.

Chciałbym tak. Jakaś ładna sceneria, ja i ona, siedzimy i słuchamy sobie „Blue Velvet”. Choć nie, to mogłoby być nudne. Z resztą mam w sobie coś z masochisty. Wolałbym raczej siedzieć w kącie i obserwować Ją  gdy wchodzi do knajpy i zabija swoimi nogami moralność wszystkich facetów. Moją w pierwszej kolejności oczywiście, jeśli kiedykolwiek żyła. I gdyby w takim momencie leciało by „Blue Velvet”, miałbym pewność, że Bóg istnieje.

Ech, to chyba jedna z tych słabych niedziel, gdy byłbym w stanie rozpłakać się oglądając reklamy w telewizji. Więc zamilknę.

Carlos Santana – Evil Ways

Listopad 20, 2010

Tak sobie myślałem ostatnio, że brakuje na tym blogu Santany, że chociaż jeden kawałek by się przydał. Jednocześnie nie mogłem się zdecydować który, przecież Carlos nagrał od groma świetnych numerów. W końcu decyzja zapadła – dziś rano. Santana potrafi świetnie grać o kobietach, jeśli można użyć takiego stwierdzenia. „Evil Ways” jest jednym z utworów, z których można by było usunąć wokal, a i tak byłoby wiadomo o czym są, co wyrażają.

Santana to mistrz gitarowej kokieterii. Niby się złości na kobiety, niby się frustruje, niby nie może już wytrzymać, a tak naprawdę czaruje tylko, komplementuje oskarżając, głaszcze drapiąc, uwodzi udając rezygnację. W tym wszystkim – w jego graniu – usłyszeć można pewność siebie, nie tylko pewność siebie doświadczonego gitarzysty, ale i pewność siebie doświadczonego kochanka.

Jeśli chodzi o Carlosa Santane, to nie wiem co mógłbym jeszcze napisać. Wymiękam trochę. A nie chcę też tu wklejać notek biograficznych czy anegdotek, które każdy może znaleźć na Wikipedii bądź którymś z tysięcy innych blogów muzycznych. Poprzestanę chyba na tym odczuciu którym się podzieliłem i które sprawia, że tak lubię Santanę.

Na początku chciałem podziękować Basi, za podesłanie mi tego utworu. Zakochałem się w córce Buddy Richa.

Co mnie już mniej bawi – od słuchania tego utworu wzrósł mi nieco poziom pożądliwości i ulegam kobiecym urokom częściej niż Laurence Sterne, którego „Podróż sentymentalną” miałem przyjemność niedawno czytać. Podniosła mnie na duchu ta książka, jak i streszczona w kilkudziesięciu stronach biografia Sterne’a. Odnalazłem gdzieś tam siebie. Troszkę (nie żebym się do Sterne’a porównywał). Chodzi o jego relacje z kobietami, sposób w jaki odbierał kobiety i jak na niego działały. Ludzie często śmieją się z mojej emocjonalności, liczne zachwyty nad niewieścimi wdziękami przypisują niedojrzałości (temu akurat nie zaprzeczam) i naiwności, infantylności, płytkości. Cóż, generalnie to mam wyjebane, ale czasem mi smutno z tego powodu.

W każdym razie, z tego co wyczytałem, to Sterne miał podobnie. To, że był pastorem (przez dużą część życia również mężem), nie powstrzymywało go od licznych flirtów, korespondencji z pięknymi paniami. Co nie znaczy, że zdradzał – w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Nie znaczy to też, że był jakimś ordynarnym grzesznikiem. Po prostu uwielbiał kobiety, ulegał ich urodzie, każdego dnia się „zakochiwał” – i dawał to kobietom do zrozumienia, jednak w pewnych granicach. Pięknie mówił i pięknie pisał, poświęcał uwagę, słuchał, czarował – lecz nie uwodził, nie zwodził.

A jak to wszystko ma się do Buddy Richa i jego córki? Sam już nie wiem, w każdym razie ten kawałek jest świetny. Chce się od niego flirtować. No i jej sposób śpiewania… brrr, jakby ktoś całował moją szyję.

%d blogerów lubi to: