Henry Thome – Wolf Bait

Październik 29, 2011

Był kryminalistą, z tych najpodlejszych. Mało rzeczy było w stanie go zaskoczyć czy przestraszyć. Stąpał twardo po ziemi. Do czasu.

Kryminalne myśli rozsadzały jego kryminalną głowę. Miał ochotę ją zabić. Bić, dusić, topić. Wiedział, że nigdy się na to nie zdobędzie. Miała go. I ignorowało go. „Co się ze mną dzieje?” – myślał czasem. Ale nie brnął w to,  był mężczyzną z krwi i kości, a rok był 1946.

Chodził po szarym mieście szukając ukojenia. Zahaczał o bary, kasyna, kantory, meliny. Nie poprawiało się. Czuł jak krew napływa mu do blizn na całym ciele. Nie mógł wyrwać jej obrazu z swojej głowy. „Pierdolona bogini”, zwykł ją określać.

Zaszedł do kiosku i swoim niskim, gardłowym, zmęczonym głosem zamówił paczkę papierosów.

Zapalił i zaczął się zastanawiać, czemu jej nie zabił wtedy, kiedy było trzeba. Może to wypalenie zawodowe? Jak mógł spieprzyć taką rutynę. Proste zadanie. Idź i zabij. Kobietę, nieuzbrojoną. Samotną, wiedzącą zbyt wiele. Poszedł i nie zabił. Poszedł i nie wrócił. Obudził się rano, ona już była ubrana. Pocałowała go w czoło i szepnęła do ucha „żegnaj wielkoludzie”.

Życie.
Wolf Bait na sobotę.

 

Stare czasy minęły. Większość kobiet z którymi kiedyś sypiał już dawno się ustatkowała. Z bólem w głowie i pustką w sercu odhaczał kolejne numery w swojej książce telefonicznej. Był żałosny, a przynajmniej czuł się żałośnie. Znów wybrał samotność i jak zwykle, gdy na to się decydował, po pięciu minutach chciał się wycofać.

W końcu się poddał. Rzucił telefon w kąt, podniósł się z krzesła i rozejrzał po mieszkaniu. Szukał wzrokiem jakiegoś przyjaciela wśród dziesiątek bezużytecznych przedmiotów. Jego wzrok zatrzymał się na starym gramofonie. Obok gramofonu leżał stosik płyt winylowych, wyciągnął pierwszą od spodu. Graham Bond Organistation. Miał trochę wspomnień związanych z tą muzyką. „Co mi więcej zostało?”. Puścił płytę i położył się na kanapie z paczką papierosów pod ręką.

Zawiódł się na rzeczywistości. Czuł się jak bohater którejś z książek Borisa Viana. Zawiódł się na sobie. Czuł, że szaleństwo jest blisko, że jest nieuniknione i że w życiu nie może go spotkać już nic lepszego, niż błogie postradanie zmysłów.

Usłyszał „Baby make love to me”. Przypomniały mu się czasy, gdy kobiety jeszcze mu ufały, gdy sam ufał sobie. Czemu on zawsze się zatrzymywał, gdy wszyscy szli dalej? Nie brnął w to. Okres użalania się miał dawno za sobą. Zatopił się w wspomnieniach. Zapach skóry, kształt ust, kolor oczu, długość włosów. Imiona. Rozmowy. Było minęło. Przychodziły i odchodziły, raz miały cierpliwość, raz ją traciły. Szepty i krzyki. Stracił to raz na zawsze. Wszystkie znalazły to czego szukały. Może dlatego, że wiedziały czego szukały. Wszystkie zmądrzały. A on ciągle to samo. Zapach skóry, kształt ust, kolor oczy, długość włosów. Było minęło.

Jesień, wiatr, liście, chłód, katar, osłabienie. To już się zaczęło. Trzeba szukać źródeł ciepła, nie tylko dla ciała. Trzeba szukać czegoś, co w ciemny, deszczowy poranek da motywację do ruszenia się z łóżka, a wieczorem otuli ciepłym dźwiękiem, poprawi humor afirmującym życie tekstem (bądź jakimkolwiek innym poprawiającym humor tekstem, zależnie od preferencji). Ja dzisiaj znalazłem.

Nie wiem czy to moje emocje zostały rozdrobnione i poodkrywane przez pierwsze zawieje i chłody, czy po prostu ten utwór tak działa, ale gdy go słucham czuję się dosyć idyllicznie, wzruszam się w 3 sekundy – takim pozytywnym wzruszeniem, zaczynam się odnajdywać w tej jesieni, wręcz zaczyna mi ona odpowiadać, jednym słowem – afirmuję.

Jakoś tak jest w moim życiu, że każdą jesień zaczynam samotny. Nie wiem czemu, pewnie to zwykły przypadek. W każdym razie nie mam nic jesieni za złe i w tej sekundzie nawet pasuje mi ten obrazek (dla niektórych pewnie nieco żałosny), obrazek do którego już się przyzwyczaiłem, trochę jak kadr z niskobudżetowego filmu o młodym, samotnym, emocjonalnym nieudaczniku (tu kusi mnie by ukraść Nosowskiej określenie z jej nowej płyty – „bulimia serca”) – ja siedzący wieczorem sam, przed kominkiem, z kocem na kolanach i kawą w ręku, słuchający świątecznie brzmiących kawałków dla ludzi, którzy nie mają nic lepszego do robienia wieczorem, niż słuchanie świątecznie brzmiących kawałków w samotności. Gdyby jeszcze był ten kominem, ale w sumie to go sobie doprawiłem do obrazka, żeby to wszystko cieplej wyglądało.

Nie wiem czy oglądaliście film „Begginers”. Już go tu chyba polecałem. W każdym razie każdej jesieni czuję się jak taki ‚debiutant’.

Kończę uzewnętrznianie, zostawiam Wam „Creators of Rain”.

Maria Tănase – Lume, Lume

Październik 8, 2011

Była noc. Piękna październikowa noc. Miejsce? Nieważne. Ulica była brukowana, latarnie gazowe. Chłopak był średniego wzrostu. Brunet. Miał na sobie znoszony płaszcz i poprzecierane jeansy. Stał oparty o ceglany murek i przetwarzał w głowie ostatnich kilka godzin swojego życia. Mięśnie twarzy miał napięte, postrzępione włosy lekko podrygiwały na wietrze.

Próbował przypomnieć sobie jej twarz, przetwarzał wspomnienia sekunda po sekundzie – bez skutku. Tak to już jest z zauroczeniami. Im większe, tym trudniej przywołać w pamięci jego obiekt. Zapalił papierosa.

Skąd się tam wzięła? Na pewno nie była z tego miasta, inaczej wypowiadała słowa, inaczej się zachowywała, inaczej uśmiechała, inaczej ubierała. Na pewno nie była ani stąd, ani z żadnego innego znanego mu miejsca.

Jak co wieczór siedział w knajpie, zawsze tej samej knajpie, zawsze przy tym samym stoliku w rogu sali. Przy świecach siedział i jak co wieczór bazgrał te swoje „zdania niespełnionego pisarza” – jak sam o nich mówił. Ludzie – jak co wieczór – pili piwo, pili drinki, pili kawy, pili masowo i hurtowo i rozmawiali przy tym głośno i śmieli się, a czasem krzyczeli i płakali też jak znalazł się odpowiedni powód. Jak co wieczór.

I ona. Skąd tam się wzięła? Inna niż wszystko co znał. O długich, kruczoczarnych włosach. O oczach demona. O ustach przywłaszczających sobie wyobraźnię wszystkich mężczyzn zgromadzonych w lokalu. Nie piła, nie rozmawiała, stała. Stała oparta o bar, miała nieobecne spojrzenie. Nikt jej nie zaczepiał, nikt do niej nie podchodził. Jakby paraliżowała każdego, kto śmiał choćby o tym pomyśleć. Meduza o cygańskiej urodzie. O czym myślała? Dałby się zabić za odpowiedź na to pytanie.

Zgasił papierosa i zawiesił wzrok na księżycu, była pełnia. Westchnął, odbił się od murku i ruszył w stronę domu.

Maria….


Adam Aston – Ani Ty, Ani Ja

Październik 2, 2011

Polski walc na bezsenność. Polski walc dobry na wszystko. Ale przede wszystkim na bezsenność. Adam Aston czarodziejem przedwojennym był.

Jestem ciekaw ile osób w tym mieście, poza mną, niedzielną noc spędza kontemplując sobie niespiesznie przy akompaniamencie przedwojennych polskich szlagierów. To całkiem miłe, muszę powiedzieć. Szczególnie przy przewlekłej bezsenności. Kto kiedyś przeżył, taką przewlekłość, ten wie. Wszystko jest zamglone nieco. Nie pracuje się wtedy dobrze, ale dobrze słucha się starych piosenek. Wydają się takie bliskie. Odpływam i czuję się, jakbym wczoraj w nocy był na koncercie Astona i wydaje mi się to takie realne, cudownie realne. Wyobrażam sobie go na scenie, paraliżującego wszystkich swoim głosem. Wyobrażam sobie przedwojenne warszawianki. Są piękne, zdecydowanie nie mniej piękne, niż te powojenne. Kokietuje. Kokietują. Kokietujemy. Wyobraźnia to najfajniejsza zabawka świata.

Niedziela moim dniem wyobraźni. Niedziela dniem bez wychodzenia po zmroku. Tylko fotel, muzyka, czasem papieros i katalog marzeń oraz wyobrażeń, którymi żongluje sobie do późna, aż nie zasnę uszczęśliwiony. Jestem jak ten Indianin z załączonego obrazka.

W ogóle to ten walc zasługuje na jakiś bardziej rozbudowany i polotem przepełniony wpis, ale cóż. Nie podołam. Zostawiam to Waszej wyobraźni.

 

%d blogerów lubi to: