– Widzisz, pokazałam twoje opowiadanie redaktorce.

– I co?

– Źle. Mówi, że od czasu gdy pierwszy raz cię czytała nic się nie rozwinąłeś. A kilka lat minęło.

– Ech, co ja poradzę, że od kilku lat w tym kraju nic się nie zmieniło.

– Gówno prawda Piotrze. Dobrze wiesz, że to w twojej bani nic się nie zmieniło.

– Popracuję nad tym.

Pocałowałem ją w policzek i wsiadłem do samochodu. Wkurwiła mnie, bo miała rację. Czy to naprawdę aż tak widać? Myślałem, że jak ukryje to przed sobą, to inni też nie będą widzieć. Stara bajka. Biedny Piotruś, zdolny Piotruś, leniwy Piotruś. Setki książek i filmów o takich Piotrusiach, którzy zawsze kończyli tak samo. Robili trochę szumu wokół siebie w młodości, by na starość, jeśli dożyli, skończyć w jakiejś klitce, albo w przytułku, bez przyjaciół i bez osiągnięć, bez miłości i z żalem do świata. Czy jestem aż tak słaby, by nie potrafić wstać rano, zrobić sobie śniadania i zacząć czegoś robić, czegokolwiek? Nie jestem, przecież kiedyś się udawało. Co za gówno. Nawet refleksje mam takie same jak 6 lat temu.

Podjechałem pod supermarket. Ledwo otworzyłem drzwi od samochodu w tej wichurze, pogoda była fatalna. Splunąłem z kierunkiem wiatru i wbiegłem do sklepu.

Najpierw warzywa, przecież mam teraz zdrowiej się odżywiać. Idę i czytam etykiety. Czosnek z Chin, oliwki z Hiszpanii, pomidory skądś tam. Serio? Chyba za mało czytam gazet, bo przeoczyłem moment w którym wycofano z marketów polskie warzywa. Teraz jestem zły podwójnie. Na siebie i na rząd, albo na siebie i na korporacja, a może na siebie i na media? Sam nie wiem, ale ktoś tu musiał zawinić, może wszyscy na raz, a może znów ja zawiniłem wpierdalając przez ostatnie lata gówno, nie interesując się w ogóle tym co kupuje, biorąc to co mi podsuwają pod nos? Przeszedł mnie dreszcz od tej myśli, bo poczułem się przez chwilę jak ekoterrorysta. Choć nie powinienem, bez przesady. Chęć zjedzenia polskiej włoszczyzny to jeszcze nie terroryzm.

Pora na mleko. Mleko polskie jest, bardzo się cieszę. Biorę to z krótkim terminem przydatności, ślepo wierząc w to, że będzie naturalniejsze. Zatęskniłem przez chwilę za mlekiem prosto od krowy, po które biegałem do gospodarstwa niedaleko działki, będąc szczylem, z pustą butelką po coli. Najprawdziwsze wiejskie mleko, jeszcze ciepłe, z butelki po Coca Coli. To było coś.

Jajka jakiś dziwny rozstrzał cenowy. Od 4 zł za 10 sztuk po 15 zł za 6 sztuk. O co kurwa chodzi, złocą te droższe czy co? Ach, wolny wybieg, wszystko jasne. Pewnie, że chciałbym zjeść jaja od bezstresowo wychowywanych kur, ale czemu są takie kurwa drogie? Z resztą, wiadomo, z tym bezstresowym chowem różnie wychodzi, biorę tańsze tym razem.

Teraz najtrudniejsze chwilę. Jak znaleźć mięso, które ma w sobie więcej niż 60% mięsa? Oczywiście o bezstresowo chowanych świnkach nie mam co marzyć, z resztą pewnie takie mięso kosztowałoby więcej niż nowy samochód. Czytam etykiety i znów się wkurwiam. Wina Tuska? Wina żydów? Wina Zielonoświątkowców? Gówno prawda, pewnie moja wina jak za każdym razem. Odpuszczam sobie dziś mięso, mimo że je uwielbiam.

Tracę powoli cierpliwość, bezrefleksyjnie wrzucam do koszyka pierwszy lepszy makaron. Zatrzymuje się na chwilę przy stoisku z gazetami. Jest Smoleńsk, jest Madzia, jest Piłsudzki i Dmowski, jest nowy kochanek starej aktorki. Nigdzie nie ma nic o parówkach drobiowych, w których jest 50% drobiu.

Wróciłem do domu, zrobiłem sobie jeść. Gdy leżałem wieczorem byłem z siebie trochę dumny, a trochę przerażony. Udało mi się kolejnych kilka godzin nie myśleć o sobie. A przede mną przecież jeszcze skrzynka mailowa, Facebook, Instagram. Znów zasnę spokojny.

 

tumblr_mvtfomcs621sghwhso1_500

Reklamy

Skip James – Crow Jane

Listopad 23, 2013

Gdy skończyłem przygotowania usiadłem na chwilę i zastanowiłem się jeszcze raz. Była dumna i okrutna, ale dopuściła mnie do siebie na tyle, bym mógł powiedzieć, że spędziłem z nią najlepsze chwile życia. Mimo tego muszę to zrobić – albo właśnie dlatego muszę to zrobić. Matko Boska, gdy się poznawaliśmy nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Wpadła na mnie goniąc autobus, drobna i nieuczesana, z podkrążonymi oczami, ubrana niechlujnie. Zwyzywała mnie od najgorszych, po chwili przeprosiła bo zrobiło jej się głupio. Zaprosiłem ją na kawę a ona powiedziała: „Teraz to już mi wszystko jedno”.

Miała wtedy chłopaka. Pamiętam jego wielkie pięści spadające na moją twarz, gdy przyłapał nas razem w swoim własnym mieszkaniu, w swoim własnym łóżku. On powinien zrobić to, co zrobię dziś ja. Mam mu za złe, że nie miał do tego jaj. W każdym razie tamtego dnia uciekła do mnie i opatrzyła mi rany. Gdy wycierała krew z mojej twarzy byłem przekonany, że już jej nie stracę. Kto by pomyślał, że można być tak głupim.

Gdy rok później przyłapałem ją w swoim łóżku z jakimś mizernym studentem nie rzuciłem się na niego. Stałem i gapiłem się na nich.

– Mam na imię Piotr.

– T-tomek. – wyjąkał student.

– Mam do ciebie prośbę Tomku. Ubierz się i wyjdź, zabierz ją ze sobą. Oddasz mi wielką przysługę.

Ona się nie odezwała. Wyglądała nawet na trochę złą, że dziś nie będzie miała komu wkładać tamponów do nosa.

Nie ma było już czasu na rozmyślania. Wstałem i zebrałem przygotowane na stole przedmioty. Stanąłem przed lustrem. Podobałem się sobie. Zainwestowałem w nowy garnitur, kupiłem też kapelusz, użyłem najlepszych perfum. Uśmiechnąłem się do siebie i wyszedłem.

Puk Puk.

– Kto tam?

– Piotr.

– Miałeś tu nie przychodzić…

– Przyniosłem ci coś. Wyjeżdżam z Polski i chciałem żebyś miała po mnie pamiątkę.

Przekręciła klucz w zamku i otworzyła. Podniosłem powoli lewą rękę, chciałem by wyglądało to jak w filmie, ale byłem tak zestresowany, że dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że pistolet mam w prawej. Zamieniłem ręce, musiało wyglądać to groteskowo. Patrzyła na mnie pytająco, wiedziałem że nie potrafiłbym jej tego wyjaśnić więc nic już nie mówiłem, strzeliłem. Odleciała do tyłu, zatrzymała się dopiero na regale z książkami. Krew ciekła jej z małej dziurki w czole, spływała strużką obok nosa, zahaczając o usta, dalej w dół. Z salonu wbiegł przerażony hałasem student. Pomyślałem, że kiedyś mi podziękuje. Wyszedłem.

gly

 

 

 

Wyszedł z kasyna i przeklął Matkę Boską, zażenowany tym, że po raz kolejny modlitwa do niej nic nie dała. Prosił ją przecież, żeby wzmocniła go, żeby nie pozwalała mu już chodzić w te wszystkie „złe miejsca”. Przegrał znów pieniądze, splunął, wsiadł do taksówki. Samochód jechał powoli, Piotr patrzył przez okno. Złota, Krucza, Jerozolimskie, Most Poniatowskiego. Czuł jak gdzieś pod klatką piersiową i w brzuchu zbiera mu się pragnienie, napięcie, jak worek pełen impulsów pęcznieje. Wiedział co to jest i że tego nie zatrzyma, próbował sobie przypomnieć jak do tego wszystkiego dopuścił.

Kiedy to było? Tydzień temu? Nie, tydzień temu już było źle. Miesiąc temu? Myślę, że trzeba by zacząć sześć lat temu. Sześć lat temu mnie zostawiła, ale to żaden powód. Sześć lat temu spisałem część siebie, odpowiedzialną za emocje, na straty. Przez dwa lata było nawet nieźle. Praca, znajomi, dużo pieprzenia. Bardzo dużo pieprzenia. Nie wiem co sobie myślałem, co chciałem tym pieprzeniem osiągnąć. A pieprzyłem jak leci. Jak lubiłem pieprzyłem, jak nienawidziłem pieprzyłem, jak dobrze mi się rozmawiało pieprzyłem, jak nie dało się rozmawiać też pieprzyłem. Wypieprzyłem z siebie resztki przyzwoitości i wrażliwości. Dziesiątki poranków, gdy zwinięty w embrion przeklinałem w myślach wszystkie swoje słabości i obiecywałem sobie, że coś zmienię. Wstyd, wstyd, wstyd. Wyrzuty sumienia szybko znikały, ale wstyd mnie nie opuszczał. Wyobraźnia, która znów zaczęła mnie oszukiwać, myśli, które przestały być moimi myślami. „Ona jest niesamowita, tak, to musi być ona, te nogi, te oczy, ta błyskotliwość, znalazłeś ją Piotrze, znalazłeś, będziesz z nią podróżował, przynosił jej kwiaty, tylko te pachnące, będziesz czuł się przy niej dobrze, budził się przy niej, śniadania jej robił, w końcu się udało!”. To przed wschodem słońca. A po wschodzie bańka pękała, a ja zażenowany, że znów dałem się oszukać, że znów Bozia nie pomogła, że… Miliony „że”, potęgujących zażenowanie. Nic, tylko pustka i smutne historie o ruchaniu. Nawet kiedyś chciałem założyć taki zespół. 

Potem ruletka. „Może skoczymy, dawno nie byliśmy”. Od słowa do czynu. 36 sposobów na spotęgowanie wstydu i zażenowania. Metalowa kuleczka od której prawie dostałem zeza. Coraz więcej kłamstw. Najpierw okłamywałem znajomych, potem samego siebie. Albo odwrotnie. Czasami siedziałem przy stolę godzinę, czasami sześć, siedem, osiem. Jak wygrywałem szedłem na dziwki, jak przegrywałem dzwoniłem do którejś z dziewczyn, które jeszcze miały ochotę być przeze mnie pieprzonymi i odreagowywałem na ich tyłkach cały zebrany żal. Ale rano i tak wszystko się potęgowało. Orientowałem się, że nie mam pieniędzy, że znów dałem się wychujać samemu sobie, że znów wypieprzyłem kogoś, kogo nie powinienem. 

Oczywiście, były też lepsze okresy. Rzucałem się wtedy w wir pracy. Kolekcjonowałem małe sukcesy, by potem móc się nagrodzić kolejną porcją gówna. Na każdy miesiąc intensywnej pracy przypadał miesiąc degrengolady. A gdzieś pomiędzy pojedyncze dni odpoczynku, gdy nie wychodziłem z łóżka, wzruszałem się filmami, które dostarczały mi kolejnych milion sposobów na oszukiwanie siebie, kolejnych milion wyobrażeń, którymi psułem każdą chwilę. I muzyka, która dawała mi nadzieję, że kiedyś wezmę się za siebie, odnajdę spokój. Nic z tego. 

Sześć lat, pieprzonych sześć lat, mógłbym się zebrać w sobie, zdobyć na…

Ale worek już pękł. Taksówka wjechała na wybrzeże, Piotr kazał zawrócić. Zadzwonił:

– Słucham?

– Cześć. Przyjmujesz jeszcze dzisiaj?

– Przyjmuję, ale musisz się pospieszyć.

– Będę za dwa kiwnięcia ogonem.

photo by Stanley Rayfield

photo by Stanley Rayfield

Henry Thome – Wolf Bait

Październik 29, 2011

Był kryminalistą, z tych najpodlejszych. Mało rzeczy było w stanie go zaskoczyć czy przestraszyć. Stąpał twardo po ziemi. Do czasu.

Kryminalne myśli rozsadzały jego kryminalną głowę. Miał ochotę ją zabić. Bić, dusić, topić. Wiedział, że nigdy się na to nie zdobędzie. Miała go. I ignorowało go. „Co się ze mną dzieje?” – myślał czasem. Ale nie brnął w to,  był mężczyzną z krwi i kości, a rok był 1946.

Chodził po szarym mieście szukając ukojenia. Zahaczał o bary, kasyna, kantory, meliny. Nie poprawiało się. Czuł jak krew napływa mu do blizn na całym ciele. Nie mógł wyrwać jej obrazu z swojej głowy. „Pierdolona bogini”, zwykł ją określać.

Zaszedł do kiosku i swoim niskim, gardłowym, zmęczonym głosem zamówił paczkę papierosów.

Zapalił i zaczął się zastanawiać, czemu jej nie zabił wtedy, kiedy było trzeba. Może to wypalenie zawodowe? Jak mógł spieprzyć taką rutynę. Proste zadanie. Idź i zabij. Kobietę, nieuzbrojoną. Samotną, wiedzącą zbyt wiele. Poszedł i nie zabił. Poszedł i nie wrócił. Obudził się rano, ona już była ubrana. Pocałowała go w czoło i szepnęła do ucha „żegnaj wielkoludzie”.

Życie.
Wolf Bait na sobotę.

 

Stare czasy minęły. Większość kobiet z którymi kiedyś sypiał już dawno się ustatkowała. Z bólem w głowie i pustką w sercu odhaczał kolejne numery w swojej książce telefonicznej. Był żałosny, a przynajmniej czuł się żałośnie. Znów wybrał samotność i jak zwykle, gdy na to się decydował, po pięciu minutach chciał się wycofać.

W końcu się poddał. Rzucił telefon w kąt, podniósł się z krzesła i rozejrzał po mieszkaniu. Szukał wzrokiem jakiegoś przyjaciela wśród dziesiątek bezużytecznych przedmiotów. Jego wzrok zatrzymał się na starym gramofonie. Obok gramofonu leżał stosik płyt winylowych, wyciągnął pierwszą od spodu. Graham Bond Organistation. Miał trochę wspomnień związanych z tą muzyką. „Co mi więcej zostało?”. Puścił płytę i położył się na kanapie z paczką papierosów pod ręką.

Zawiódł się na rzeczywistości. Czuł się jak bohater którejś z książek Borisa Viana. Zawiódł się na sobie. Czuł, że szaleństwo jest blisko, że jest nieuniknione i że w życiu nie może go spotkać już nic lepszego, niż błogie postradanie zmysłów.

Usłyszał „Baby make love to me”. Przypomniały mu się czasy, gdy kobiety jeszcze mu ufały, gdy sam ufał sobie. Czemu on zawsze się zatrzymywał, gdy wszyscy szli dalej? Nie brnął w to. Okres użalania się miał dawno za sobą. Zatopił się w wspomnieniach. Zapach skóry, kształt ust, kolor oczu, długość włosów. Imiona. Rozmowy. Było minęło. Przychodziły i odchodziły, raz miały cierpliwość, raz ją traciły. Szepty i krzyki. Stracił to raz na zawsze. Wszystkie znalazły to czego szukały. Może dlatego, że wiedziały czego szukały. Wszystkie zmądrzały. A on ciągle to samo. Zapach skóry, kształt ust, kolor oczy, długość włosów. Było minęło.

%d blogerów lubi to: