Piotr się obudził. Ziewną dosyć szeroko i przeciągną się aż strzeliło w kościach. Spojrzał na zegarek – była ósma, dawno nie wstał tak wcześnie. Uznał to za mini-znak, subtelny sygnał od jego mózgu, że należy coś zmienić, zrobić coś, cokolwiek. Podniósł się na łokciach i rozejrzał bo kawalerce – z zlewu wystawały naczynia, z popielniczki wysypywały się papierosy, po podłodze walały się śmieci a muchy prowadziły powietrzną bitwę nad otwartą butelką coca coli. Położył się z powrotem, zamknął oczy i policzył do dziesięciu. „8, 9, 10… teraz albo nigdy!” – zerwał się z łóżka i zrobił 10 pompek na rozruch. Potem zaatakował brudne naczynia.

Po godzinie kawalerka była nie do poznania. Wziął prysznic, nastawił pranie i usiadł z wielkim, czerwonym kubkiem wypełnionym rozpuszczalną kawą, by popodziwiać swoje dzieło. Po chwili zaczął zastanawiać się co dalej. Pierwsza nadeszła myśl najbardziej niechciana – „dawno nie pracowałeś!”. Piotr otworzył komputer i zaczął odpisywać na maile. Jeden, dziesięć, czterdzieści. Trochę się tego nazbierało w ostatnim czasie. Po pięćdziesiątym ósmym wstał, uderzył pięścią w stół i krzyknął „kurwa, kurwa, kurwa!”, co w jego wypadku oznaczało, że jest zmęczony, ale usatysfakcjonowany.

W końcu zrobił się wieczór. Piotr przypomniał sobie, że człowiek musi jeść, żeby żyć. Wygrzebał co zdatniejsze produkty z lodówki i przygotował z nich bliżej nieokreślone danie.

Gdy był już najedzony, znów zaczął się zastanawiać. „Ok, jest czysto, popracowałem też nieco, nawet się umyłem, ale czegoś mi tu jeszcze brakuje…” – głowił się i głowił. W końcu odpowiednia myśl się pojawiła, choć w wypadku Piotra była to myśl niebezpieczna – uświadomił sobie, że brakuje mu towarzystwa.

Na dziesięć, no, może piętnaście minut się zawiesił, siedząc na łóżku i gapiąc się na ścianę. Potem wstał i poszedł przeszukiwać stare kartony schowane w szafie. Wyrzucał z nich kredki, farby, gazety, spraye, nożyki i nożyczki oraz flamastry. Potem wziął się do dzieła – dzieła, które gotowe było o drugiej w nocy, czyli sześć godzin po tym, jak zaczął je tworzyć.

Stanął przed ścianą z dumną miną, a dumny był z siebie jakby przed chwilą udało mu się ulepić człowieka z gliny, choć w tym wypadku to chyba niefortunne porównanie. Piotr stworzył na ścianie kobietę. Namalował, narysował, powycinał, poprzyklejał. Wyglądała jak dzieło kolektywne grupy przedszkolnej wyprodukowane na jakiś warsztatach, ale Piotrowi to nie przeszkadzało. Najbardziej podobał mu się pomysł przyklejenia jej twarzy Jeanne Moreau, wyciętej z starej gazety.

„Dobranoc Joanno” – powiedział i położył się spać szczęśliwy.

Moja ulubiona ścieżka dźwiękowa. Opowiedział mi o niej kiedyś jedyny nauczyciel, którego lubiłem i szanowałem zarazem. Powiedział, że Miles był bardzo zakochany w Jeanne Moreau. I że nie mógł zostać we Francji, a ona nie chciała wyjeżdżać do Stanów. I że to było wtedy, gdy Malle poprosił go o ścieżkę do „Windą na szafot” (jeden z moich ulubionych filmów tak by the way). I cierpiący Miles zgodził się i nagrał najsmutniejszą, najbardziej przepełnioną emocjami muzykę świata. Bardzo lubię tę historię miłosną. A muzykę z tego filmu kocham.

Zdaża się czasem, że gdy nie mogę zasnąć – albo gdy po prostu nie chcę spać -, włączam ten soundtrack, siadam w oknie i gapię się na miasto paląc papierosy. Szczególnie przy „Generique” lubię tak siedzieć. Czuję się wtedy jakby czas stanął w miejscu. Myślę o Jeanne Moreau, która jest według mnie ideałem aktorki. Kobiety też.

Myśląc gapię się na chodnik – o 3 w nocy jestem w stanie uwierzyć, że zaraz pojawi się, że zobaczę ją jak wychodzi zza rogu, że wyciągnie papierosa a ja w pośpiechu ubiorę jeansy, koszulę i płaszcz i rzucę się by jej go zapalić.

Ciężko mi opisać, jak działa na mnie ta muzyka. Jest magiczna. Jest piekielnie sugestywna. Ona nie potrzebuje słów, ona działa bezpośrednio na emocje, trafia prosto do serca omijając mózg.

%d blogerów lubi to: