Eartha Kitt – C’est Si Bon

Wrzesień 26, 2011

Słucham i widzę:
Blichtr. Trochę czaru, ale bez przesady. Sala balowa. Piękne suknie tańczą. Muzycy grają francuskie szlagiery. Szwedzki stół dyskretnie objadany. Poncz, lokaje, kilku upitych współczesnych sarmatów. Mały Książe (czyli zwykły, acz nieco ponad normę przystojny i całkiem rozpieszczony chłopiec, jakich wielu) siedzi w kącie i rozmyśla o swoim popędzie.

Chciałby poderwać jedną z tańczących sukni, ale chciałby też porozmawiać z jakąś mądrą kobietą. Nie wie czego chce bardziej. Najbardziej to by chciał to połączyć, ale ma złe doświadczenia. Jak podrywa, to nie potrafi być sobą i nie ma przyjemności z rozmowy (poza lekko podłechtanym ego). A jak jest sobą, to za bardzo się skupia na rozmowie i nic nie wychodzi z seksu. Przyjaźń wychodzi.

Dziś to chyba nic mu nie wyjdzie. On nie lubi bankietów. Szwedzkich stołów, ponczu, lokajów. Tylko te suknie tańczące go czasem kuszą, jak małe diabełki, i przestaje być sobą wtedy. Chyba nie dojrzał jeszcze do powiedzenia: halt. Do łąki, do lasów, do świeżego powietrza. Do bycia sobą i seksu po mądrej rozmowie. Do chodzenia rano w dresach po świeże pomidory, szczypiorek i ciepłe pieczywo. Do spokoju. Miasto go zassało. Zassały go obowiązki i odpowiedzialności. Zapomniał czym jest prawdziwa przyjemność. Wymienił ją na odreagowywanie.

Może dziś z tym skończy? Kto wie…

C’est Si Bon

zdjęcie z :http://www.shorpy.com

Frankie Avalon – Venus

Wrzesień 18, 2011

Niedziela, czas odpoczynku. Wstałem i błogo, zdecydowanie prawą nogą. Lekko otępiały po przespaniu zdecydowanie zbyt wielu godzin, ale i szczęśliwy. Pani Wspaniała zrobiła kawę dobrą jak nigdy, słodzoną miodem.

Nawet słońca trochę jest, miło z jego strony, że się pokazało dzisiaj. Aczkolwiek nie powinienem dziś wychodzić na żadne wycieczki, przynajmniej nie na zbyt długie wycieczki. Póki co wyszedłem do marketu (bo bazarek niestety w niedziele nie funkcjonuję, co jest jedną z nielicznych wad niedzieli) i od razu się zgubiłem szukając czegoś na śniadanie. 40 minut spędzonych na poszukiwaniu świeżych pomidorów i szczypiorka to zdecydowanie zbyt długo. Te wszystkie długie regały, dziesiątki zbędnych towarów, zaspani ludzie… Nie lubię marketów w niedzielę. Chyba generalnie nie lubię marketów. Nie mogę się w nich odnaleźć. Zdecydowanie wolę stragany. Stragany z świeżymi warzywami. Stragany z ciepłym i chrupiącym pieczywem. Stragany z ziarnami słonecznika i pestkami dyni.

W każdym razie marketowy koszmar już za mną. Śniadanie też już za mną. Wyłożyłem się w fotelu, popijam kawę nr 2, słucham „Venus” Avalona i jest mi tak dobrze, że nawet nie wiem jak to opisać. Chórek „UuuuuUUuu” roznosi się echem wewnątrz mojej głowy. Mam dreszcze przyjemności. Czas poczuł się zapomniany. Niedziele są piękne.

Polska wersja szlagieru Bułata Okudżawy. Przyszła mi na myśl jakoś niedawno, po obejrzeniu „O północy w Paryżu” Allena. Ah te nostalgiczne piosenki! Mam do nich słabość, wielką słabość.
Kiedyś to fajnie śpiewano o tęsknotach. Słucham Fettinga i od razu zaczynam wyobrażać sobie swoje własne, albo jeszcze lepiej – zaczynam tęsknić za tym o czym śpiewa. I myślę sobie „a przecież mi żal…”. Aleksander Siergiejewicz wydaje mi się wtedy kimś bliskim, z kim kiedyś spędziłem mnóstwo wspaniałych chwil, nie tylko czytając jego dzieła. „Aleksander Siergiejewicz przechadza się…”

Wracając do moich tęsknot, tych związanych z minionymi przeżyciami, jak i tych które sobie wymyśliłem, gdybym ja miał na pisać czego mi żal, gdybym miał śpiewać o swojej nostalgii…

A przecież mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Jeanne Moreau, z Milesem Davisem za rękę idąca, że nie wypiją ze mną kawy i że nie spędzimy wspólnie nocy. A przecież mi żal, że nie mogę przez większość roku biegając boso po trawie, wylegując się na łące, zbierając grzyby, rozpoznając ślady zwierząt w śniegu, tak jak to było dziesięć lat temu. A przecież mi żal, że nie wrócę już nigdy do pierwszej miłości, która była dla mnie tak wielkim zaskoczeniem, że dostawałem halucynacji. A w górach wtedy byłem i góry te mi się rozmywały, a drzewa zmieniały kolory i wszystko wokół ruszało się. A przecież mi żal, że nie usłyszę na żywo Billie Holiday, Edith Piath, czy młodej Marianne Faithful, żal, bo wiem, że gdybym usłyszał, to na pewno znów byłyby te górskie halucynacje.

Trochę jest takich „A przecież mi żali”. Ale to chyba dobrze. Wydaje mi się, że najważniejsze, by zawsze było więcej tęsknot związanych z własnymi przeżyciami, niż tych fikcyjnych. Bo to znaczy, że żyjemy, że przeżywamy. Tęsknota jest smutna, ale fajnie jest mieć za czym tęsknić.

W ogóle to zupełnie inna piosenka miała dzisiaj być, ale radio znów mnie zmanipulowało, gdy jechałem samochodem, tym razem puszczając Fettinga.

%d blogerów lubi to: