Zostałem dziś wprawiony w dobry humor 39 razy. Bo jeśli mój odtwarzacz nie kłamie, tyle razy właśnie przesłuchałem ten kawałek braci Mills.

Zaczęło się od Goslinga, a w zasadzie od Dead Man’s Bones, czyli jego zespołu, którego utworów słucham często jesienią. Potem drogą skojarzeń i impulsów przeniosłem się do wspomnień związanych z filmem „Blue Valentine”, który uwielbiam i o którym już tu pisałem. W tym filmie Gosling coveruje „You always hurt…” akompaniując sobie na ukulele. I tak dotarłem do The Mills Brothers, których już wcześniej uwielbiałem za liczne, utrudniające rzucenie palenia, kawowo-wieczorne utwory.

I szczęście nadeszło. Zebrało się chyba kilka czynników. Wyspałem się, najadłem i powoli zdrowieje. Wystarczyła zbłąkana iskra. Wiele mi nie potrzeba, cóż.

Pierwsza minuta utworu to czas na kontemplację (ale nie zbyt skomplikowaną), na lekkie kołysanie (np. na bujanym fotelu), na kiwanie głową. Potem kilka sekund na przeciągnięcie się i – finally – endorfinowo-glukozowy zastrzyk.

No i trans. Pozmywałem naczynia, wysprzątałem w mieszkaniu, zrobiłem pranie. Wciąż za dużo energii. Potańczyłem ze swoim cieniem, pośpiewałem, pofałszowałem na pożyczonym od przyjaciela ukulele. Chwila zadyszki. Zjadłem kilka łyżek miodu, popiłem sokiem malinowym i od nowa. Pierdolona męska Bridget Jones. Ale spoko, na taką słabość mogę sobie pozwolić. Mieszkam sam, nikt nie patrzy. Za chwilę hałasu w godzinach popołudniowych jeszcze nikogo nie eksmitowali. Liczą się efekty, a efektem w tym wypadku jest radość.

I ten tekst. Bracia Mills, jak ja was lubię. Teraz tylko fajnie byłoby znaleźć partnerkę o podobnym attitude, chętną do zatańczenia 39 razy tego utworu i wytrzymującą moje podśpiewywanie. To by była taka wersja de-lux dzisiejszego wieczoru.

Miłego.

Reklamy

Piotr siedział na krawężniku i drapał się po spalonych słońcem plecach. W myślach ubolewał nad tym, że przez przypadek wyszedł z mieszkania w japonkach brata, które były o dwa rozmiary większe od jego i gubił je co trzy kroki. Był lipiec, upalny lipiec, godzina 13.00, czyli wyjątkowo gorąca godzina, a krawężnik na którym siedział młodzieniec należał do Warszawy, czyli wyjątkowo betonowego i przewodzącego ciepło miasta. Za młodym, drapiącym się co chwilę po plecach chłopakiem, była kawiarnia. W kawiarni pracowało dużo przychylnych mu osób, więc nie narzekał  przynajmniej na brak zimnej Coca Coli.

Drobna, kobieca stópka nie zauważyła szklanki Piotra i trąciła ją przechodząc powodując stłuczenie. Chłopiec wybity brutalnie z rozmyślań o japonkach podskoczył lekko na krawężniku, obrócił się i zlustrował od góry do dołu (albo odwrotnie) właścicielkę nieostrożnej stópki. Nad nią było słońce, wyjątkowo oślepiające słońce, więc nie był w stanie dostrzec twarzy, lecz na podstawie najśliczniejszych, najzgrabniejszych (mimo lekkiej krzywości) nóg świata oraz bezbłędnie dobranej do nich sukienki Piotr stwierdził, że musi być piękną dziewczyną. Nie mylił się. Dziewczyna kucnęła pokrzykując „ależ przepraszam, przepraszam, przepraszam!” i zaczęła sprzątać rozsypaną szklankę, ukazując Piotrowi między innymi swoje całkiem długie, związane z tyłu blond włosy, szare oczy i usta delikatnie różowe. Pachniała konwaliami.

Głupio się zrobiło Piotrowi, że dziewczyna zawstydzona zbiera teraz odłamki szkła. Chciał jej przekazać, że nie musi tego robić, jednocześnie wyrażając zachwyt nad jej urodą.

– Nic się nie stało, nie sprzątaj, jesteś najpiękniejsza.

Dziewczynie wystąpiły rumieńce w kolorze ust.

– Myślę, że trochę sprzątania mojej urodzie nie zaszkodzi.

– Wolałbym żebyś ze mną chwilę porozmawiała.

– Jeśli znajdzie się dla mnie jakiś nieparzący kawałek chodnika, to wydaje mi się, że nie ma przeszkód.

Piotr podłożył dziewczynie nieprzewodzące ciepła czasopismo.

– Jak masz na imię?

– Pola.

– Ładne imię. Jestem Piotrek. Miło że ze mną usiadłaś. Ciężko kogoś spotkać w taki upał.Wydawało mi się zawsze, że w zimę jestem najbardziej samotny. Jednak latem wcale nie jest wiele lepiej.

– Nie myślałam o tym nigdy. Czemu masz takie duże japonki?

– To pomyłka.

– Aha. Długo już tu tak siedzisz?

– W zasadzie odkąd wyszedłem z mieszkania i zorientowałem się, że gubię japonki co trzy kroki.

– Nieciekawie.

– E tam. Nawet miło się siedzi. Ładna sukienka.

– Dziękuję. Czy jest coś co chciałbyś o mnie wiedzieć nim sobie pójdę?

– Kim chciałabyś zostać w przyszłości?

– Hmm, dokładnie to nie wiem, studiuje zarządzanie, ale myślę nad przeniesieniem się na ekonomię. Chyba chciałabym być maklerką. A Ty?

– Wędrówką.

– Co?

– Chciałbym zostać wędrówką.

Dziewczyna uśmiechnęła się dziwnie, trochę krzywo, w zdecydowanie ujmujący jej powabu sposób, podrapała się po głowie, wstała, jeszcze raz przeprosiła za szklankę i poszła w swoją stronę.

Piotr posprzątał szkło, poszedł po kolejną Coca Colę (co trzy kroki gubiąc japonki) i usiadł z powrotem na krawężniku by czekać, aż znów ktoś potknie się o jego szklankę.

+++

Polecam każdemu bardzo film „Blue Valentine” z którego znam tę piosenkę. Ryan Gossling jak dla mnie w swojej najlepszej roli. Przy okazji większość muzyki nagrana przez Grizzly Beara, ale też parę utworów Gosslinga, trochę w stylu Dead Man’s Bones (jego projekt muzyczny).

%d blogerów lubi to: