Idealna muzyka na niedzielę? Blues. Popijam mocną, gorzko-kwaśną czarną kawę. Kubki smakowe są usatysfakcjonowane. Jest ciepło, trochę duszno. Wygodna kanapa zapewnia mi komfort. Blues robi z lenistwa coś pięknego, w pełni relaksującego i nieskażonego wyrzutami sumienia. Po głowie chodzą mi różne historie.

Wyszedł z filiżanką na balkon. Powietrze miało konwaliowy zapach. Oparł się o rozgrzaną od słońca barierkę i rozpoczął swój codzienny, poranny rytuał – kontemplowanie samotności przy papierosie.

Nie minęło pięć minut, gdy na balkonie pojawiła się druga postać. Miała długie, szczupłe nogi, wąskie ramiona, lekko odstające łopatki i rozmierzwione, błyszczące, blond włosy. Była obwinięta prześcieradłem i pachniała nocą. Zaciągnęła się konwaliami i przytuliła się do pogrążonego w rozmyślaniach młodzieńca.

– O czym myślisz?

– O samotności.

– Przecież nie jesteś dziś sam.

– To tak z przyzwyczajenia.

– Smutne przyzwyczajenie. Poczęstuj mnie papierosem.

– Jak się do czegoś przyzwyczaisz, to przestaje być smutne.

– Może i tak. Daj jeszcze ogień. Nie chcę żebyś czuł się przy mnie samotny. To nie jest zbyt miłe.

– Co począć. Widzimy się raz na tydzień. Czasami raz na dwa tygodnie. Czyli w porywach dwa z każdych czternastu dni. To nie są zbyt komfortowe warunki do nie czucia się samotnym.

– Piotr… nie dramatyzuj. Przecież wiesz, że podczas każdego z tych 6 dni, gdy nie jesteś ze mną, możesz widywać się z innymi i nie będę ci miała tego za złe. Chyba że nie o to chodzi, może masz mnie już dosyć?

Skończył jednego papierosa i od razu zapalił następnego. Wyślizgnął się z objęć, usiadł na wiklinowym fotelu ustawionym w rogu balkonu. Przełknął kilka łyków kawy. Zasępił się.

– Nie chodzi ani o to, ani o tamto. Uwielbiam cię. Jesteś piękna i inteligentna. Do tego… dziewczyna z charakterem. Słuchasz Marka Lanegana, nie zanudziło cię „Limits of control”, czytałaś chyba wszystkie książki Faulknera. Całujesz się jak bogini, kochasz się jak bogini, patrzysz na mnie jak bogini, poruszasz się jak bogini. Naprawdę nie chodzi ani o to, ani o tamto. Czuje się jakbym cię wymyślił, rozumiesz? Ale przebywanie z tobą mi nie wystarcza, mimo że za każdym razem gdy cię widzę, czuję się jakbym złapał Boga za nogi. Twoje komplementy mi nie wystarczają, twój dotyk mi nie wystarcza, twój szept mi nie wystarcza… Nie zrozum mnie źle. Po prostu… Chciałbym… chciałbym być… nieważne.

Zgasił drugiego papierosa i wrócił do mieszkania. Poszedł do łazienki wziąć prysznic. Ona zaciągnęła się jeszcze raz konwaliami i poszła za nim.

Muddy Waters – I want to be loved:

Reklamy

Mina – E Se Domani

Maj 14, 2011

O czym ona śpiewa? Muszę zacząć uczyć się włoskiego, by móc zrozumieć te wszystkie piękne piosenki.

Fenomenalna. Co za gracja, co za głos. Co za los, że koncertowała, gdy moi dziadkowie nie mieli jeszcze mojej mamy w planach. Oglądam klip i uśmiecham się jak nieśmiały trzynastolatek na widok szkolnej piękności, jednocześnie szepcząc „e se domani…”.

Jak dobrze, że jest ciepło i że jeszcze nie pada, choć prognozowali samo zło na ten weekend. To dogodne warunki do wyobrażania sobie mojej ziemi obiecanej – Argentyny, którą wymyśliłem sobie sam nie wiem czemu kilka lat temu i od tego momentu, raz na jakiś czas, chodzi mi po głowie plan wyjazdu, wylotu do tego kraju leniwych i kreatywnych ludzi (przynajmniej w moich wyobrażeniach) pijących yerbę. I jestem przekonany, że pierwszego dnia w Rosamonte czy w innym Buenos, klapnąłbym sobie w foteliku, na niewielkim balkonie wynajmowanego w kamienicy pokoju i słuchałbym tej włoskiej cud-wokalistki sącząc napar z ostrokrzewu paragwajskiego i chłonąc słońce, zapachy, dźwięki. Estupende.

Źle mi trochę, że ostatnio tak mało czasu mam na bycie tutaj. Brakuje mi relaksu, długich chwil odpoczynku spędzanych w towarzystwie starych piosenek. Ale wakacje już zaraz, za chwilę, przynajmniej studia wtedy odpadną na kilka miesięcy i będę mógł częściej odpływać myślami, pisać, odcinać się od wszystkiego przy pomocy np. Miny Mazzini, pięknej włoskiej wokalistki.

A tak w ogóle, to ta laska śpiewała „Parole, parole” przed Dalidą. I to bardzo ładnie śpiewała.

Sen:

Biegł za nią po ulicy, gonił ją, pędził ile sił w nogach. Ona uciekała śmiejąc się, skręcała w wąskie uliczki, pokonywała schody jednym skokiem, prześlizgiwała się między ludźmi. On zdyszany już był nieco, lecz nie tracił jej z pola widzenia i nadziei nie tracił jeszcze, bo sił miał zapas i kochał jak nigdy.

Uliczna kapela grała włoską piosenkę, szybką i skoczną. Wszystko się kręciło, w głowach się kręciło i jej, i jemu, lecz biegu nie przerywali, ona roześmiana, on zdesperowany. Z miasta już wybiegli, do jeziora się zbliżali, gorąco było. Słońce dało popis tego dnia, oślepiało i rozpalało.

On nagi, ona w kołdrę zawinięta, ludzie ze zdziwieniem i trochę politowaniem patrzyli na nich, niektórzy kibicowali. Zai zai zai zai. Dobiegli do jeziora i na rowery, co przy brzegu stały, wskoczyli. Ona na składaka, on na be em ixa. I bach ruszyli przez środek wielkiej wody niczym dwa zakochane Jezusy, nie zatapiając się nic a nic, prawami fizyki się nie przejmując. Ryby wyskakiwały ponad taflę, by przyjrzeć się przez sekundę tym dziwnym kochankom.

A jak woda się skończyła to w las nura dali. Jemu udało się dystans skrócić z piętnastu metrów do dziesięciu, bo be em ix od składaka szybszy. Gnają tak dalej, szaleni, między drzewami, między grzybami, między sarnami i jelonkami. On nago, ona w kołdrę zawinięta. On włosy miał brązowe nieco, ona blond całkiem była. On oczy zielone, ona szare. Szczupli i rozpędzeni, zgrzani już strasznie, zaczerwienieni. Z lasu wybiegli na polankę, a tam to on już ją dopadł. I wpadli w kwiaty, w słoneczniki, w trawę, w błękit, zieleń, czerwień, pomarańcz, w koniki polne, w rosę poranną… I zasnęli tak pod kołdrą.

Oni zasnęli, a ja się obudziłem. Zai zai zai zai.

%d blogerów lubi to: