Mieszkanie 80m2. Całkiem designerskie, niedawno remontowane. Jadalnia przyjemna, przestronna; okna duże. Zlew pełen niepozmywanych naczyń. Na podłodze parę plam od sosu pomidorowego.

Kończył obiad, a ona chodziła po mieszkaniu nucąc cicho tą starą melodię. Mary Hopkin? Chyba tak. Nawinął kolejną porcję makaronu na widelec i zaczął się zastanawiać. Kiedyś bardzo lubił ten kawałek, wczuwał się w niego, wyobrażał sobie postać wspominającą „te dni”, dni które już dawno minęły, chwile które nie wrócą. Ale nie spodziewał się, że za parę lat sam będzie tak siedział, nad talerzem domowego spaghetii, i rozczulał się nad sobą, odczuwał brak czegoś, co – jak mu się wydawało – jeszcze niedawno było częścią jego życia, dawało mu smak, a nagle, z niewyjaśnionych przyczyn – zniknęło.

Kiedy przestał ją kochać? A może dalej ją kocha? Kiedy ostatni raz czuł się przy niej prawdziwie szczęśliwy? Myślał o tym kończąc przygotowany przez nią obiad i przerażało go, z jakim spokojem – wręcz mechanicznie – rozważa takie kwestie. Zrobiło mu się trochę smutno. Zatęsknił za przetańczonymi z nią nocami, za spacerami, za dzikim seksem w przypadkowych miejscach, za porozumiewawczymi spojrzeniami. Przypomniało mu się jak uciekali kiedyś przez pół miasta przed policją, po tym jak zostali przyłapani na próbie skradzenia wielkiego pluszowego słonia z sklepu z zabawkami. „Co państwo wyprawiają?!” krzyknął policjant, a ona na to „złap mnie grubasie to ci powiem!” i zaczęła biec, a on za nią. Przypomniało mu się jak jadali śniadania na dachach praskich kamienic – codziennie na innym. Wiele miał takich wspomnień…

Co się stało? Nie wiedział. Skończył jeść i przestał myśleć. O czym myślała ona nucąc tą starą piosenkę? Tego też nie wiedział.

Johnny Cash – Spiritual

Czerwiec 9, 2011

„Spiritual”, czyli późny Johnny Cash. Może i nie jest to stara piosenka, ale stary piosenkarz (bez obrazy), więc może mi wybaczycie. Utwór skomponował Josh Haden, za co temu panu bardzo dziękuję, bo „Spiritual” to niebiańskość. Instrumentalne wykonanie Charliego Hadena i Pata Metheny to rozkosz w czystej postaci. Rozkosz i odprężenie – gdy kładę się na kanapie po pracowitym dniu i puszczam tę interpretację, od razu czuję jak rozluźniają mi się mięśnie, uspokajam się, wypełniam zadowoleniem. Ale zamieszczam wersję Casha, bo mam do niego słabość. Jego wokal uszlachetniłby każdą, nawet najgorszą melodię, a w połączeniu z takim cudem jak „Spiritual”… niebiańskość.

Może i tekst to nie ten poziom kontemplacji co w „Wayfaring Stranger” (tu podziękowania dla Piotrka Miki za „Strzały Znikąd”, dzięki którym usłyszałem ten kawałek po raz pierwszy), ale i tak jest świetny. Głos Casha działa tak, że wystarczy jedno, proste, zaśpiewane przez niego zdanie, a ma się wrażenie, że ktoś przedstawił nam cały traktat filozoficzny. Johnny Cash jest Faulknerem muzyki country. Przynajmniej dla mnie.

Wspomnę też, że jak najbardziej wartym przesłuchania jest wykonanie Marka Lanegana (którego też ubóstwiam) i Soulsavers.

Kate Bush – Babooshka

Czerwiec 1, 2011

Zupełnie inaczej niż ostatnio. Kate Bush – piękna perfekcjonistka, fenomenalna wokalistka, niedościgniona, utalentowana jak stąd do Meksyku (czy jak to się mówi).

Gdy słucham jej rano czuję się natchniony. Natchniony do wszystkiego. Nawet do jechania samochodem w największych korkach, byle by ona dalej śpiewała, by nikt mi jej nie wyłączył, by bateria w mp3 się nie wyczerpała. Bo ona też uzależnia. Gdy słyszę pierwsze dźwięki „Babooshki” czuję jakby coś mnie wchłaniało, przyciągało, czy może raczej – jakby coś wypełniało mnie od środka. I wiem, że nie będę potrafił jej wyłączyć, że będę słuchał Kate dopóki nie odciągnie mnie od niej praca, bądź nie zmorzy sen.

Jej głos jest afrodyzyczny, jeśli można tak powiedzieć. „Babooshka” jest jednym z utworów, podczas słuchania których u mężczyzn występuje przyjemne, ale i niepokojące mrowienie, lekki dreszczyk w okolicach krocza, naturalna reakcja na coś niesamowicie i niespodziewanie podniecającego. Przynajmniej ja tak mam, muszę przyznać. Słucham Kate Bush i czuję się trochę, może nie nieprzyzwoicie, ale… jakby to powiedzieć…. pikantnie i grzeszkowato.

Więc słuchajcie Kate mężczyźni i słuchajcie Kate kobiety i marzcie sobie, wyobrażajcie niebiańskie rozkosze bądź dantejskie sceny – jak wolicie. Ja nie potrzebuję, szczęśliwie zakochany jestem więc nie będę. A szczęśliwie zakochane osoby nie powinny chyba sobie wyobrażać takich rzeczy. Nie chciałbym słuchając Kate Bush mieć wyrzutów sumienia :)

%d blogerów lubi to: