Obudziłem się obok blondynki i nie chciałem być niemiły. Powiedziałem, że muszę iść do pracy, albo że mam wizytę u lekarza, albo obiecałem przyjacielowi pomóc w przeprowadzce. Sam nie pamiętam, w każdym razie skłamałem i ona wiedziała, że kłamię. Gdy wyszła wrzuciłem prześcieradło do pralki. Drugi raz w tym tygodniu. Gdy bęben skakał podczas wirowania, ja rozmyślałem ile to jeszcze będzie trwało i zastanawiałem się, czemu po prostu nie mogę spróbować żyć inaczej. Miłość rzadko przychodzi do osób, którym cierpliwości starcza na jedną kawę i kilka wymienionych zdań.

Spojrzałem w lustro. Przeszło mi przez myśl, żeby w końcu się ogolić, ale szybko zrezygnowałem z tego pomysłu. Nie dbanie o siebie było moją małą, absurdalną pokutą. Wziąłem prysznic i wysprzątałem mieszkanie, bo prysznic i sprzątanie niemal zawsze skutecznie odcinały mnie od samego siebie.

W ciągu dnia zrobiłem wiele nieistotnych rzeczy. Wieczorem spróbowałem nigdzie nie wychodzić, samemu nie wierząc, że to się uda. O godzinie 22.00 byłem już w klubie, w którym nigdy nie spotkało mnie nic dobrego. W klubie w którym miałem opinię najgorszą z możliwych.

Zazwyczaj włączał mi się radar koło godziny 1.00, dlatego bardzo się zdziwiłem, że już o 23.00 poczułem impuls wewnątrz klatki piersiowej, gdy minęły mnie dwie młode dziewczyny wchodzące do klubu.

Do północy wszystko szło według standardowego scenariusza. „Ładnie tańczycie”, „Ja stawiam”, „Czym się zajmujecie” i dziesiątki innych tekstów, na samą myśl o których robiło mi się nie dobrze.

Coś jednak było inaczej i po północy zacząłem to zauważać. Jedna z nich miała zielone oczy i brązowe włosy. Była szczupła i świetnie ubrana. Jej łydki były tak zgrabne, że nieustannie miałem ochotę je złapać, wgryźć się w nie, poczuć je pod swoimi dłońmi i ustami. Skończyła niedawno architekturę, była starsza ode mnie. Dużo podróżowała. Powiedziała, że jutro wyjeżdża do Indonezji na trzy miesiące. To co mówiła interesowało mnie i miałem wrażenie, że udaje mi się ją zainteresować. Choć nie miałem pewności, co rzadko mi się zdarzało.

4 godziny między 0.00 a 4.00 minęły w błyskawicznym tempie. O 2.00 jej przyjaciółka zostawiła nas samych. Byłem podekscytowany i pragnąłem jej każdym centymetrem swojego ciała i – co ważniejsze – każdą komórką swojego mózgu. Mówiła, poruszała się, tańczyła w taki sposób, że czułem iż niewiele brakuje, bym poddał się, przegrał, przestał grać, bym został rozebrany z wszystkich swoich mechanizmów obronnych i skompromitował się długo skrywaną egzaltacją. Udawało mi się jednak trzymać w kupie.

Była 3.30. Było 30 stopni Celsjusza. Oszalałem na jej punkcie. Wyciągałem z drinków kostki lodu i lizałem jej szyję schłodzonym językiem. O 3.50 powiedziałem: „Chodźmy do mnie wziąć zimny prysznic”. O 3.55 wydawało mi się, że ją przekonałem. Wyszliśmy przed klub i poprosiłem by poczekała minutę, bo muszę iść po swoje rzeczy. Wróciłem i jej nie było. Rozejrzałem się dokładnie. Pięć razy obszedłem cały klub. Obsługa, która dobrze mnie znała, śmiała się pod nosem. Pytałem barmanów i ochroniarzy. Uciekła 10 godzin przed wylotem do Indonezji.

Wróciłem do mieszkania. Położyłem się na wypranym prześcieradle, które zdążyło wyschnąć. Do 5.00 rano byłem najsmutniejszym człowiekiem na świecie. Po 5.00 zacząłem się śmiać. O 6.00 rano pomyślałem „dziękuję” i zasnąłem.

Photo from: http://www.shorpy.com

Reklamy

Jest noc i nie pada. Piotr leży i słucha bluesa. Marzy sobie starając się bardzo, by marzenia jak najbardziej realne były i na faktach się opierały i z wspomnieniami przeplatały. Bo poznał kogoś przez duże „K” i chciałby wymarzyć sobie coś co się stanie. Coś co będzie, a nie nie będzie, jak deszcz, który dziś nie pada. Tak trochę jak Bessie Smith, która leżała i czekała, leżała i śpiewała. Piotr wprawdzie nie umie śpiewać, ale dobrze mu idzie słuchanie, więc zasłuchuję się w bluesie, który najlepszy jest na dolegliwości takie jak samotność czy zauroczenie.

W każdym razie Piotr jest całkiem szczęśliwy dnia tego, bo pierwszy raz od dawna nie myśli o złych rzeczach, nie planuje grzechów, nie spowiada się przed sobą z tych już popełnionych, nie błąka się bez celu po mieście nocą, tylko leży i spokojny jest, choć jakoś wewnętrznie drgnięty; z emocjami swoimi rozmawia, z którymi to kontaktu od dawna nie miał i zażywa muzykę wszystko to ułatwiającą.

– Kolejny domek z kart pora budować zacząć. – rzekł w stronę gramofonu i ucieszył się, że Bessie Smith się z nim zgodziła.

 

Piotr się obudził. Ziewną dosyć szeroko i przeciągną się aż strzeliło w kościach. Spojrzał na zegarek – była ósma, dawno nie wstał tak wcześnie. Uznał to za mini-znak, subtelny sygnał od jego mózgu, że należy coś zmienić, zrobić coś, cokolwiek. Podniósł się na łokciach i rozejrzał bo kawalerce – z zlewu wystawały naczynia, z popielniczki wysypywały się papierosy, po podłodze walały się śmieci a muchy prowadziły powietrzną bitwę nad otwartą butelką coca coli. Położył się z powrotem, zamknął oczy i policzył do dziesięciu. „8, 9, 10… teraz albo nigdy!” – zerwał się z łóżka i zrobił 10 pompek na rozruch. Potem zaatakował brudne naczynia.

Po godzinie kawalerka była nie do poznania. Wziął prysznic, nastawił pranie i usiadł z wielkim, czerwonym kubkiem wypełnionym rozpuszczalną kawą, by popodziwiać swoje dzieło. Po chwili zaczął zastanawiać się co dalej. Pierwsza nadeszła myśl najbardziej niechciana – „dawno nie pracowałeś!”. Piotr otworzył komputer i zaczął odpisywać na maile. Jeden, dziesięć, czterdzieści. Trochę się tego nazbierało w ostatnim czasie. Po pięćdziesiątym ósmym wstał, uderzył pięścią w stół i krzyknął „kurwa, kurwa, kurwa!”, co w jego wypadku oznaczało, że jest zmęczony, ale usatysfakcjonowany.

W końcu zrobił się wieczór. Piotr przypomniał sobie, że człowiek musi jeść, żeby żyć. Wygrzebał co zdatniejsze produkty z lodówki i przygotował z nich bliżej nieokreślone danie.

Gdy był już najedzony, znów zaczął się zastanawiać. „Ok, jest czysto, popracowałem też nieco, nawet się umyłem, ale czegoś mi tu jeszcze brakuje…” – głowił się i głowił. W końcu odpowiednia myśl się pojawiła, choć w wypadku Piotra była to myśl niebezpieczna – uświadomił sobie, że brakuje mu towarzystwa.

Na dziesięć, no, może piętnaście minut się zawiesił, siedząc na łóżku i gapiąc się na ścianę. Potem wstał i poszedł przeszukiwać stare kartony schowane w szafie. Wyrzucał z nich kredki, farby, gazety, spraye, nożyki i nożyczki oraz flamastry. Potem wziął się do dzieła – dzieła, które gotowe było o drugiej w nocy, czyli sześć godzin po tym, jak zaczął je tworzyć.

Stanął przed ścianą z dumną miną, a dumny był z siebie jakby przed chwilą udało mu się ulepić człowieka z gliny, choć w tym wypadku to chyba niefortunne porównanie. Piotr stworzył na ścianie kobietę. Namalował, narysował, powycinał, poprzyklejał. Wyglądała jak dzieło kolektywne grupy przedszkolnej wyprodukowane na jakiś warsztatach, ale Piotrowi to nie przeszkadzało. Najbardziej podobał mu się pomysł przyklejenia jej twarzy Jeanne Moreau, wyciętej z starej gazety.

„Dobranoc Joanno” – powiedział i położył się spać szczęśliwy.

Mój dobry znajomy mówi, że to pretensjonalny i grafomański film, najgorszy Bertolucciego. Ja się bardzo ucieszyłem, gdy wyczerpany weekendową pracą, podczas przeglądania poniedziałkowej prasy zatrzymałem się na repertuarze kin i zobaczyłem, że w Lunie grają „Marzycieli”. Bo dla mnie to dobry film na wyczerpanie, na poniedziałek i dobry do oglądania w kinie. Jest ładny i przyjemny. Jest w nim dużo dymu papierosowego, kamera krążąc między bohaterami kołysze, Eva Green czaruje (poza jej piersiami, których fanem nie jestem).

Do tego wszystkiego Joplin, Morrison, Pitt & Twings, Solal, Trenet.. i fragment kompozycji Constantina z „Les Quatre Cents Coups”.

Są świetnie wyreżyserowane i zmontowane sceny z przebitkami z starych filmów. Kocham je, bo moja głowa też tak często działa. Od małego kochałem kino, nadużywałem go i bardzo często podświadomie moja wyobraźnia szuka w rzeczywistości scen odpowiadających obejrzanym filmom. Może to nic wyjątkowego, może ten pomysł jest bardzo prosty, ale ja łapie się na niego całkowicie. Znam sporo pretensjonalnych fanów Bertolucciego, ale nie nazwałbym pretensjonalnym żadnego z jego filmów. „Marzyciele” może zbyt mało prowokują, jak na to czego można by było się spodziewać, po pierwszych kilkunastu minutach, ale nie zmienia to faktu, że przeprzyjemnie ogląda się ich w poniedziałkowy wieczór w kinie.

Co do grafomanii muszę się zgodzić, ale co z tego.

Constantin na wtorek:

i kadr z „Les quartre cents coups”, też jak najbardziej wartego obejrzenia:

%d blogerów lubi to: