Nienawidziła tego, że ciągle się nad nim lituje. Nie potrafiła się uwolnić. Zostawiła go cztery miesiące temu, on nie mógł się z tym pogodzić, a ona dalej czuła się uwięziona. Męczyły ją telefony o piątek nad ranem, męczyły ją kilkustronicowe maile pełne żalu. Ciągle się litowała. „Chodźmy na kawę” mówił raz, drugi, trzeci. W końcu łamała się i mówiła: „dobrze, spotkajmy się”. Siadali przy stoliku, zamawiała latte z miodem i cynamonem wiedząc, że bez miodu i cynamonu tego nie przetrwa. On nic nie zamawiał, czekał aż kelnerka poda jej kawę i zaczynał: „masz innego”, „zdradzałaś mnie”, „nigdy nie kochałaś”. Po dziesięciu minutach zaczynała płakać, jego monolog kończył się po dwudziestu. Potem zawsze wybiegała obiecując sobie, że już nigdy się z nim nie spotka. Nigdy zazwyczaj trwało tydzień, potem znów się litowała.

Była atrakcyjna. Miała czarne, krótkie włosy, szaro-błękitne oczy, wydatnie usta. Jej długie nogi kradły uwagę facetów wszędzie gdzie się pojawiała. Minęły cztery miesiące, a ona dalej nie mogła się uwolnić. Niemal codziennie ktoś zapraszał ją na kawę, obiad, drinka, do kina. Niemal codziennie odmawiała by pod koniec tygodnia skończyć pół metra od niego, z cynamonową latte w rękach, płacząc.

Pewnego weekendu zadzwoniła do niej siostra: „chodźmy gdzieś”. Stwierdziła, że musi przestać się zamartwiać i wyjść do ludzi. „Dobrze” – odpowiedziała.

Spędziły całą noc na Pradze pijąc wino w bramach, chodząc po klubach i pubach, rozmawiając z dziesiątkami dziwnych osób, które co wieczór wylegają na ulice prawobrzeżnej Warszawy.

Upiła się ta atmosferą.

O godzinie szóstej rano wróciła do mieszkania. Włożyła klucz do zamka i zamarła na chwilę. Drzwi były otwarte. Zebrała się w sobie i weszła do środka. Powoli sprawdzała pokój po pokoju. Spotkała go w kuchni. Znał kod do domofonu, klucz musiał dorobić wcześniej.

– Zrobiłem Ci śniadanie.

– Wyjdź.

– Nie bądź taka, zobacz, jest wszystko co lubisz.

– Nie masz prawa tu przychodzić.

– Nie mam prawa? Po tym wszystkim? Chyba oszalałaś.

– Wychodź natychmiast!

– Nie będziesz mi mówiła co mam robić! Gdzie się plątałaś całą noc? Z twoim nowym chłoptasiem? Głupia dziwka!

Nie wiedziała co się dzieje. Czuła się jakby wyszła z swojego ciała i czekała co ono zrobi. Chwyciła za nóż, jej rozpędzona ręka trafiła prosto w jego serce. Upadł, ona upadła obok niego. Krew zaczęła spływać na kafelki. Zemdlała.

710848_216360875166330_189468613_n

 

Zdjęcie zrobione przez Polę Starczyńską i użyte dzięki jej uprzejmości.

Reklamy

– Zatańcz ze mną. Nie wytrzymam tego dłużej. Jeśli masz zamiar dalej milczeć, zatańcz chociaż ze mną, cisza mnie dusi, bezruch mnie dusi. Znamy się krótko, lecz za dobrze. Żyjemy nieroztropnie, ale to nic, to i tak tysiąc razy lepiej niż nim się poznaliśmy. Wiem, że możemy. Dużo wiemy, dużo mamy za sobą, nie musimy już nic niszczyć ani nikogo słuchać. Noc jest długa, zastanów się dobrze, będę tu siedział, wytrzymam do świtu, zastanów się proszę, przerwij ciszę przed świtem, zrób to nim… nie chcę już mówić o smutku i resztkach sił które mi zostały. Chcę tylko byś mi wybaczyła. Byśmy żyli razem, bo pragnę cię i wiem, że ty pragniesz mnie. Ale ta cisza mnie wykańcza, odczuwam każdą sekundę twojego milczenia, wyrywam włosy, wyłamuje palce, gryzę szklankę. Powiedz coś nim zabierze mnie szaleństwo. Zatańcz ze mną. Żyjmy.

O tym według mnie jest ta piosenka. I to chyba tyle. Nic nie wiem o wokalistce, trafiłem na ten utwór przed chwilą przez przypadek i bardzo mi się spodobał.

Będę teraz rzadziej, bo jest dużo i trudno, ale jak tylko wszystko wróci do normy, czyli do mniej i łatwiej, to częściej będę pisał o starych piosenkach.

A tak w ogóle to bardzo ładna ta Marie Laforet. I śpiewa dużo smutnych piosenek. Taka francuska Ewa Demarczyk, tylko mniej pompatyczna.

No i po hiszpańsku też dobrze jej szło.

Dobranoc.

%d blogerów lubi to: