Podczas spacerów patrzę co się burzy, co się buduje. Czasem się czuję jak miejski hipochondryk – wydaje mi się, że to miasto toczy choroba, że ludzie decydujący o jego kształcie ciągle wyrywają nie ten ząb co trzeba, otwierają je niepotrzebnie, zapominają wyjąć skalpel przed zaszyciem. Potem zasłaniają silikonem gdzie się da, żeby powierzchowni mieszkańcy żyli w przeświadczeniu, że jest ok, że Warszawa to nie jeden z hotelów w Soczi. Ale jak to u hipochondryków – w rzeczywistości jest pewnie lepiej niż w świecie moich obaw, a to co się dzieje, to naturalna kolej rzeczy i specyfika każdego dużego miasta.

Najważniejszy dla mnie jest rytm. Rytm miasta. Bądź świetnie brzmiące – „Puls Asfalta” (dla tych, którzy oglądali serbski film „Rane”). Nawet najbrzydsze, najbardziej zaniedbane miasta mają swój puls, wiadomo, a piękne jest to, że każdy czuje go inaczej. Można liczyć kostki chodnikowe na które się nadepnie, przechodzić przez dzień w rytmie usłyszanej rano piosenki, układać melodię z zatkanej poniedziałkowej Marszałkowskiej bądź sennej Wileńskiej w niedzielę rano. Inny jest rytm Warszawy wyższych sfer, inny Warszawy studentów, inny Warszawy organicznej, która wg. mnie rozciąga się od cieciów parkingowych, przez panie kasjerki, szewców, osiedlowe salony fryzjerskie po lekko szurnięte emerytki ze starych kamienic. Inny jest puls gdy gra Legia, inny gdy Polonia; inny gdy przez miasto przechodzą górnicy, inny gdy przebiega przez nie maraton. Ale jest zawsze, w Warszawie nigdy nie cichnie.

Ostatnio prawie w ogóle nie spaceruje. Nie to, że kiedyś przemierzałem na nogach kilometry, ale codziennie byłem na podwórku. Bo mój dobry kumpel kiedyś powiedział „można żyć jak Big Lebowski i być szczęśliwym, trzeba tylko dużo wychodzić na podwórko”. Czy wracałem nad ranem do mieszkania przy Inżynierskiej, czy pędziłem Hożą spóźniony na spotkanie, czy siedziałem na ławce w Saskim – czułem, że oddycham miastem, a miasto mną. Ostatni rok izolowałem się od miasta. Udawałem, że go nie zauważam, że jest tylko makietą urozmaicającą moje podróże z punktu A do punktu B. Warszawa się na mnie zemściła. Ostatnio poszedłem na spacer i czułem się jak debiutant w mieście w którym się urodziłem. Znacie to uczucie, gdy wpadacie w lekkie zamyślenie gdy ktoś do Was mówi i w połowie długiej wypowiedzi orientujecie się, że nie zrozumieliście ani słowa? Ja tak się czułem w połowie Koszykowej. Ale jedno się nie zmieniło – słyszałem jej rytm. Rytm zburzonej hali, rytm kamienic wyrastających za nią i rytm przechodniów, tak samo jak ja nie wiedzących, że jutro wybuchnie tu gaz w jednym z mieszkań.

Bo miasto nigdy nie cichnie. Muzyka to cisza miasta. Tylko słuchając muzyki można złapać kontakt z samym sobą i odciąć się na chwilę. Lubię wyobrażać sobie, gdzie znajdują się wyobraźnią inni ludzie słuchając określonych piosenek. Fryzjerka i Bad Boys Blue, dziadek w parku i Adam Aston, dziewięciolatek i ACDC (odkąd młodszy brat, powiedział mi, że ich słucha), cieć i Dżem, pijana czterdziestolatka wracająca z imprezy i Spandau Ballet w taksówce. Co sobie wyobrażają? Gdy zamyślić się nad tym można stworzyć w głowie setki życiorysów. Ludzie w mieście i ich wyobrażenia podczas słuchania muzyki.

Miasto wybaczy mi prędzej czy później. Jest zbyt zajęte ciągłym burzeniem i budowaniem żeby obrażać się na takiego gnojka. Będę tu teraz częściej, bo im więcej wychodzę na podwórko, tym więcej pisze.

Zostawiam Was z teledyskiem do „Gold”. Czy tylko ja tam widzę w pewnym momencie De Chirico?

photo by Willy Ronis

photo by Willy Ronis

Ten tekst miał być o czym innym i z inną piosenką i miał być dawno temu. Jakby to robiło jakąkolwiek różnicę. W każdym razie chciałem tylko krótko zakomunikować wąskiemu (ale wiernemu i cierpliwemu) gronu osób, które dlaczegolubiestarepiosenki odwiedzały, że formuła trochę się wyczerpała. Albo ja się zmęczyłem. Albo pisałem tu za dużo głupot, a w moim życiu tyle ostatnio się zmieniło, że nie jestem wstanie wymyślić nic, co by do tych głupot pasowało. Pisał oczywiście będę dalej, ale gdzie indziej i o czym innym, bo czasem po prostu trzeba zrobić coś innego, niż to co się robiło wcześniej. Piosenki też będę wrzucał, jeśli komuś będzie się chciało ich słuchać. Bo dzielenie się starymi piosenkami nigdy mi się nie znudzi. I pewnie kiedyś tu wrócę, popierdolić głupoty pod stare piosenki, ale teraz przerwa. Zostaje fanpage i piosenki z youtuba, albo przeglądanie tego, co tu się zebrało przez parę lat, do czego w sumie nikogo nie zachęcam, bo to na prawdę w większości głupoty.

 

W każdym razie jeśli ktoś to czyta, to pozdrawiam i do zobaczenia gdzie indziej. Miło było pierdolić głupoty do ulubionych piosenek przez tych parę lat.

 

 

Opowiedziałem jej jak byliśmy na Sycylii w 1979, jak śmieliśmy się z dziadków w białych garniturach wyglądających na mafiozów starego pokolenia, jak chodziliśmy po bazarze, który zmiażdżył nas ilością kolorów i zapachów. Jak próbowaliśmy świeżo złowionych małży lekko zakropionych cytryną. Spytała się co było dalej. To opowiedziałem jej, że uciekła, że znalazłem ją dopiero dziesięć lat później w Meksyku, gdy załatwiałem szemrane interesy z kartelem, a ona okazała się jednym z żołnierzy. Porwałem ją wtedy, pojechaliśmy do Luizjany, gdzie ja spędzałem dnie pracując w tartaku, a wieczorami przygrywałem sobie na harmonijce. Ona za oszczędności zbudowała sobie pracownie i szyła ubrania na sprzedaż. Potem się rozpiłem i byłem coraz gorszy i przeklęła mnie. Zaciągnąłem się do marynarki wojennej i to pomogło, nie widzieliśmy się kolejne trzy lata. Gdy wróciłem na ląd kupiłem działkę w Hiszpanii i ją tam ściągnąłem. Historia skończyła się tak, że mnie zamknęli, bo zastrzeliłem dwóch Madrytczyków, którzy zbyt nachalnie się do niej przystawiali.

Za każdym razem chciała innej historii, więc za każdym razem wymyślałem nam nowy życiorys. Dzięki tym opowieściom nie myślała tyle o mężu i o tym, że za miesiąc musi do niego wrócić. Dla moich myśli jej mąż był persona non grata. Nie pytałem, nie chciałem nic o nim wiedzieć. Byłem już wtedy przyzwyczajony do tego, że najlepsze kobiety jakie spotykam, są albo od lat zajęte, albo pierdolnięte, więc starałem się ze spokojem brać to co mogłem i nie rozpaczać, że wszystko zaraz się skończy. Ona też starała się udawać, że w ogóle jej to nie rusza, ale wiedziałem, że to nie prawda i wymyślałem kolejne życiorysy.

Jej koleżanki mnie nienawidziły wyczuwając, że jedyne co mogę przynieść, to problemy. Bały się, że zepsuję jej idealnie poukładane życie. Nie wiedziały, że zbyt bardzo ją lubię, by nie brać na siebie odpowiedzialności za ten romans. Odpowiedzialność zabijała w zarodku wszelkie lekkomyślne zapędy. Myślałem że wytrzymam, ale jej kobiecość była zdecydowanie silniejsza od mojej powściągliwości.

Po każdym spotkaniu słuchałem Hookera i zastanawiałem się, czy zawsze będę miał takiego pecha. Wariatki i mężatki. Głodne mojej niestabilności, łaknące bajek, przeżuwające mnie i wypluwające. Blues is the game. Przynajmniej zbliżałem się trochę do moich ulubionych bohaterów. Musiałem w tym wszystkim wyglądać trochę karykaturalnie. Ale skończyłem z narzekaniem. Lubię swoje kobiety.

 

north

 

– To koleś z miasta, myślę że powinieneś ich poznać trochę jeśli chcesz pisać o takich rzeczach.

– To miłe, że mi ufasz.

– Dobra morda z ciebie, czemu bym miał nie ufać.

Był wrzesień 2009. Podkrążone oczy i twarz wychudzona od wieloletniego palenia trawki, mimo tego błysk w spojrzeniu. Darek. Darek podrapał się po gładko wygolonej głowie, włożył papierosa do ust i rozejrzał się po pokoju. Miał regały pełne książek, był najbardziej oczytanym dresiarzem jakiego znałem. Lubiłem wpadać do niego na Mokotów  i słuchać historii o starej Warszawie. Kiedyś powiedziałem mu że chcę napisać kryminalną sagę rozgrywającą się w Polsce lat dziewięćdziesiątych i bardzo się tym przejął, chciał pomóc. To było miłe, aczkolwiek miałem wrażenie, że czasem za bardzo się wczuwał.

Ktoś zapukał, Darek poszedł otworzyć z niezapalonym papierosem w ustach. Weszło dwóch gości.  Jeden niski, może z metr siedemdziesiąt, krótko ostrzyżony, koło trzydziestki, twarz zasiana małymi bliznami, czarne jeansy i skórzana kurtka. Drugi młody, wysoki i dobrze zbudowany, mętne spojrzenie, złamany nos, ortalionowy dres. Zanim weszli do salonu cicho wymienili kilka zdań.

– To Piotr, mój kumpel.

Przywitałem się, zmierzyli mnie wzrokiem. Niski usiadł w fotelu, młody na krześle. Domyśliłem się, że młody jest debiutantem, biega za niskim i wykonuje polecenia, ochrania. Po starszym z kolei było widać, że nie jest jednym z tych nowoczesnych gangsterów – wykształconym, pod krawatem, z siecią legalnych biznesów. Był reliktem, w oczach miał przestępstwo. Nie potrafił robić nic innego. Ledwie metr siedemdziesiąt, a czułem, że gdyby miał mnie zabić, to nie mrugnął by okiem.

– Masz jakieś palenie?

– Coś się znajdzie.

– Daj trochę młodemu, niech się zrelaksuje.

Darek puścił muzykę, skręcił blanta, rozpalił i podał młodemu. Rozlał do kieliszków wódkę, która stała na stole z okazji śmierci dziadka, ale nadawał się też na inne okazje. Młody podziękował więc wznieśliśmy toast w trójkę. Spojrzałem się pytająco na młodego, który jakby się zawstydził.

– No zapalić czasem zapalę, ale wódy unikam. Po treningu jestem, no wiesz, siłownia te sprawy.

Okazałem zrozumienie i trochę się uspokoił. Darek próbował utrzymywać rozmowę.

– A o tej kopalni słyszeliście? Wujek czy jak ona. Przejebane.

– No przejebane, przejebane, ale z tymi górnikami to wiesz. Ryzykowna robota, ale zarabiają dwa razy więcej niż normalni robotnicy, wiedzą w co się ładują.

– Co prawda to prawda, może jeszcze wódeczki?

– No polej.

– A tego Beenhakkera że wyjebali?

– No i dobrze, do mistrzostw ich nie zakwalifikował to niech wypierdala.

– No, ale popatrz. Przez ostatnich 20 lat żaden trener nie zrobił tylu pozytywnych zmian w tej reprezentacji. Zaczęli powoli grać nowoczesną piłkę, a nie tylko kurwa na aferę. A takie mecze jak z Portugalią to długo będę pamiętał. I chuj że wpierdolił teraz, jeszcze by nadrobił, a teraz to co, znów dadzą jakiegoś skurwysyna z układu i pewnie za parę lat w rankingu FIFA będziemy gdzieś przy San Marino.

– Może i tak.

Zadzwonił dzwonek do drzwi. Darek poszedł sprawdzić kto to, po chwili wrócił.

– Sąsiadka. Muzyka jej za głośno gra. Awans społeczny pierdolony.

Niski wstał i poszli z Darkiem na korytarz.

– A ty coś trenujesz?

Młody poczuł się pewniej.

– Sześć lat krav magi, ale teraz myślę o tajskim.

Nie zorientował się, że kłamię i pokiwał z uznaniem.

– No, na tajski się nadajesz. Chudy, wysoki, trochę potrenujesz i będziesz rozpierdalał.

Darek i niski załatwili co mieli załatwić. Młody się podniósł, pożegnali się i wyszli.

– I co, niezły koleś?

– No niezły.

Spojrzałem na zegarek, było dwadzieścia po dwudziestej pierwszej, byłem na dziesiątą umówiony z Olą, więc podziękowałem Darkowi za gościnę i też zacząłem się zbierać. Ola była studentką architektury, która nie widziała we mnie nieudacznika, co bardzo mi odpowiadało. Lubiłem ją okłamywać i nie rozumiałem, czemu nigdy nie okazuje, że doskonale o tym wie. Darek podał mi rękę i w końcu zapalił papierosa, a ja udałem się na randkę.

 

FSA/8d23000/8d239008d23989a.tif

Jimi Hendrix – Gypsy Boy

Grudzień 29, 2013

– Stary, od 15 lat handluje bronią, a ty pierdolisz mi o złamanym sercu i jakimś jebanym kieszonkowym, które przegrałeś na wyścigach. To jest nic, zrozum. Twoim kredytom przybędzie parę zer, zapewne przez dupy, wtedy poklepię cię po ramieniu dla otuchy. Ale na dzień dzisiejszy wszystko u ciebie dobrze, zrozum.

– Nie chciałem cię obrazić, coś ostatnio jest ze mną nie tak. Sypię się. Dlatego chciałem iść z tobą na kawę, zawsze umiałeś postawić mnie do pionu.

– Albo płaciłem twoje długi.

– To było dawno i dlatego teraz mi głupio nawet gdy próbujesz postawić pierdoloną kawę. Wiele się zmieniło od tamtego czasu. Wiem,  że po głupotach, które pieprzyłem przed chwilą może być ci ciężko w to uwierzyć, ale próbuje teraz normalnie żyć.

– Normalnie?

– Słuchaj, jechałem ostatnio z takim taksówkarzem, typowy Andrzej, zwykły koleś próbujący przeciułać jakoś życie. I Andrzej opowiedział mi prostą historię. Tydzień wcześniej wiózł starą kurwę, „z tyłu liceum z twarzy muzeum” jak to określił. Gadał z nią trochę i z biegu rozmowy wywnioskował, że namawia go na „usługę”. Wtedy taksówkarz pomyślał: „No cholera, spuściłbym się, ale cały dzień jeździłem na tych pierdolonych sto złotych”. I odpuścił sobie. Prosta, poczciwa myśl. Odpuścił. Wiem, że to głupie stary, ale to dało mi do myślenia. Wszystkie te lata, tysiące takich stówek. Gdyby w mojej głowie pojawiała się za każdym razem prosta, poczciwa myśl „zostaw sobie tych sto złotych, nie wypierdalaj ich w błoto”.

– To zostań kurwa taksówkarzem.

– Dobrze wiesz o co mi chodzi. Albo właśnie nie wiesz, bo masz inaczej w bani poukładane. Dla ciebie to wszystko jest proste, bo jesteś systematyczny, masz zimną krew, głowę do interesów i jasno wytyczone cele. Jedyny moment w życiu, gdy obsrałeś na chwilę swoją pracę, to pogrzeb matki. I nie wkurwiaj się, bo dobrze wiesz, że tak jest. Odkąd jej nie ma, nie ma na świecie nic co byłoby w stanie cię wzruszyć bądź rozproszyć. Jesteś maszyną. Albo inaczej – jesteś zawodowcem. Ja nim nigdy nie byłem. Łapałem się wszystkiego po trochu. Raz w prawo, raz w lewo, raz legalnie raz nielegalnie, nigdy nie mogłem się zdecydować. A jednocześnie żyłem jakbym konsumował amerykański sen – w jednym wielkim oszustwie, bo Służewiec to nie pierdolone Churchill Downs, a kasyno w Domu Chłopa to nie Las Vegas. Warszawa przeżuła mnie i wypluła i mam jej to za złe, choć wiem że to samo zrobiłoby ze mną każde inne miasto. Mam tego dosyć. Jak mam się zarzynać, to chociaż robiąc coś uczciwego i z czystym sumieniem.

– Dobra, zawsze sprawiałeś pewne problemy. Ale rodzina to rodzina. Masz rację, mam inaczej w bani poukładane, nigdy nie zrozumiem twoich pierdolonych humorów, „stanów emocjonalnych” jak to nazywasz, ale też nigdy nie zostawiłem cię samego, a nie raz już dotykałeś jedną ręką grobu. I moje postępowanie w tej kwestii nie zmieniło się ani trochę po śmierci matki. Coś uczciwego, z czystym sumieniem? Ale co? Wybaczyłem ci ćpanie i hazard, mimo że twoje problemy odbijały się też na mnie, wybaczyłem ci wiele innych rzeczy, ale nie wybaczę ci jak zostaniesz frajerem. I wcale nie uważam uczciwej pracy za frajerstwo, nawet nie próbuj tak na mnie patrzeć. Uważam twoje rozumienie uczciwej pracy za frajerstwo. Zapraszasz mnie na kawę, opowiadasz jakieś kocopoły o kobiecie, która nie chce ci dać dupy, o pieniądzach których nie masz i o taksówkarzu, którego nie stać na kurwę i co, oczekujesz że ci przyklasnę i powiem: świetnie, o to chodzi w życiu bracie!?

– Nic nie oczekuje. Wyprowadzam się.

– Cudownie, dokąd?

– Do Przemyśla.

– I co takiego odmieniającego życie mają w Przemyślu? Czy może twój sposób na czyste sumienie to szmuglowanie szlugów?

– Jest tam Julia, praca się znajdzie.

– Teraz słuchaj uważnie. Spróbuje ci to wybić z głowy, tylko raz, muszę to zrobić bo jestem twoim bratem. Powiedz mi, ile razy w życiu zaufałeś dupie?

– Nie wiem, kilka?

– Pierdolisz.

– Kilkanaście.

– I ile razy ci to wyszło na dobre?

– Ani razu. Ale to przeze mnie…

– Ani razu. I nie chce słuchać żadnych pierdolonych „ale”.

– Ile razy się przeprowadzałeś i ile razy próbowałeś uczciwej pracy?

– Może tym razem się uda…

– Ile?

– Dobrze wiesz ile. Zbyt wiele razy. Ale nie mam już innych pomysłów. Nie wiem co robić.

– Powiem ci co masz zrobić. Jutro o 6.00 rano będziesz na złomowisku, wiesz którym. Jest dla ciebie robota. A teraz ścieraj gile i idź do domu się wyspać. Koniec tematu.

Starszy brat wstał, podszedł do baru, zapłacił rachunek i wyszedł. Młodszy siedział jeszcze chwilę i sączył zimną kawę. Potem wrócił do domu.

 

FSA/8a34000/8a344008a34421a.tif

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 35 obserwujących.

%d bloggers like this: