The Blizzars jeszcze raz. Bo ostanio się w nich zakochałem. „Faithless Sleep” to mój drugi ulubiony utwór z płyty „Im Your Guy” z 1965 roku, zaraz po „I Will Love You”.

Gdy słucham tej płyty w mojej głowie pojawiają się wszystkie wspomnienia związane z nocnym błąkaniem się po mieście, spotykaniem ludzi równie dziwnych jak ja i wspólnym snuciem grzesznych, anarchistycznych marzeń o napadach, ucieczkach, porwaniach, skandalach, buntach itd.

Gdy słucham tej płyty czuję się wolny, mam wrażenie, że jedyne zmartwienie jakie mi pozostało to kobiety.

Gdy słucham tej płyty, czuję się jakbym miał prawdziwego przyjaciela, takiego od wczesno-szkolnych lat. I jakbyśmy postanowili pewnego dnia wyjechać. Spakowalibyśmy się, dwie torby wrzucilibyśmy do bagażnika. Byłyby wakacje, on by prowadził, ja gapiłbym się przez okno i ustawiał muzykę. Słońce, dużo słońca, pola, drogi asfaltowe i żwirowe, miasta i wsie. Brak celu podróży. Co jakiś czas stacja benzynowa i Coca Cola ze szklanej butelki pita. Wiatr we włosach i papieros w ustach, okulary przeciwsłoneczne na nosie. Dużo różnych ludzi. Dorywcze prace, drobne przekręty, nocne podrywy. I tak do jesieni. Potem powrót, z tarczą lub na tarczy. Na pewno nie z duszą na ramieniu. Z duszą odświeżoną, kurzem z serca zdmuchniętym.

Faithless Sleep

i kadr z „Rumble Fish” F.F. Coppoli

Reklamy
%d blogerów lubi to: