BEATLES

Był nastolatkiem i było mu do śmiechu. Łatał za nią od dobrych paru miesięcy i w końcu się udało. Pierwszy pocałunek – miękkie nogi, trzęsące się ręce, czerwone policzki. Przeżywał to wszystko strasznie, ale był szczęśliwy. W domu patrzył na jej zdjęcie zauroczony i myślał: „a więc tak wyglądały lata sześćdziesiąte”. Nie jadł, nie spał, palił papierosa za papierosem. Euforia podtrzymywała jego powieki, chuć dodawała energii. Miał wrażenie, że mimo zmęczenia mógłby przenieść na plecach Pałac Kultury. Słuchał Beatlesów, bo czego innego mogą słuchać zakochani nastolatkowie. Tak przebiegało jedno z pierwszych zakochań Piotra.

FUGAZI:

Piotr obudził się po 12 godzinach snu, lecz dalej był zmęczony. Gdyby mógł, spędziłbym w łóżku kolejnych 12. Suchość w ustach zmusiła go do oderwania się od prześcieradła. Powoli się podniósł, zajrzał do lodówki – pusto. Nastawił wodę na herbatę. Było jeszcze ciemno. Uświadomił sobie, że dzień wcześniej zasnął zaraz po powrocie z pracy.

Równo 8 lat temu zakończył się jego ostatni związek i choć od dawna tkwił w emocjonalnej próżni, to co roku, właśnie w tym okresie dopadało go coś zbliżonego do melancholii, lecz nieco mniej wyraźnego i zdecydowanie bardziej przytłaczającego. Mieszanka zmęczenia, odrealnienia i obrzydzenia do samego siebie. W takim stanie każdej wiosny musiał wytrzymać kilka, do kilkunastu dni. Zazwyczaj brał wtedy urlop. Spędzał go oglądając dziesiątku filmów, które odcinały go od myśli, które potem wracały w snach z wymieszanymi fabułami i z Nią pojawiającą się zawsze w którejś z scen. Czasami nie wytrzymywał i wyłączał telewizor, radio, światło. Siadał w oknie w środku nocy i opróżniał paczkę papierosów. Koło trzeciego zaczynał płakać i łzy nie przestawały spływać po jego policzkach aż do ostatniego papierosa. Zazwyczaj zaraz po tym, gdy uczciwie wycierpiał parę godzin, melancholijny stan przechodził i wszystko powoli zaczynało wracać do normy.

Reklamy

The Beatles – And I Love Her

Grudzień 19, 2010

Długo się zastanawiałem – „Michelle” czy „And I Love Her”. To na pewno moje dwa ulubione kawałki Beatlesów, ale który z nich bardziej mi się podoba – tego nie jestem w stanie powiedzieć. W końcu padło na ten drugi, chyba dlatego że jakoś bardziej mi pasował do tej niedzieli i generalnie do mnie na dzień dzisiejszy.

Ci którzy już trochę czytali tego bloga, domyślają się pewnie, że słuchając tego utworu myślę o dziewczynach. To prawda, ale dziewczyny które mam w głowie słuchając „And i Love Her” to nie jakieś kolejne imaginacje, zobrazowane pragnienia czy powracające wspomnienia zauroczeń. To moje trzy najlepsze przyjaciółki. Trzy piękne, mądre i – co niezbędne by ze mną wytrzymać – cierpliwe dziewczyny. Chciałbym coś o nich napisać, ale nie wiem od której zacząć. To może żeby nie myśleć nad tym zbyt długo – będzie alfabetycznie.

Basia – mam nadzieję, że się nie obrazi, że o tym wspominam – była moją dziewczyną w 6 klasie szkoły podstawowej. Całe 1,5 tygodnia rozkosznego milczenia, spowodowanego moim zawstydzeniem. Umiałem za młodu porządnie się zauroczyć… Pamiętam, że gdy usłyszałem o jej pozytywnej odpowiedzi – ponieważ w związki wchodziło się wtedy poprzez pośredników – z wrażenia przywaliłem głową w drzwi do szkolnej toalety. Teraz wydaje mi się, że to był moment w którym do reszty wybiłem swoje szare komórki, choć czasem mam wrażenie, że stało się to jeszcze kilka lat wcześniej, gdy poślizgnąłem się na lodzie i uderzyłem łbem o chodnik. W każdym razie Basia zostawiła mnie dość szybko – pewnie dlatego, że dziewczynki szybciej dojrzewają – i dobrze. Potem nasze drogi się rozeszły na trzy czy cztery lata – nie licząc kilku spontanicznych spotkań. Jakiś czas temu odnowiliśmy kontakt i nie żałuję tego. Od małego przeprowadzam się średnio co trzy wiosny i chyba przez to nauczyłem się dość szybko przywiązywać do ludzi, bez tej umiejętności pewnie nie miałbym żadnych przyjaciół, bo mało jest osób, które znam dłużej niż parę lat i utrzymuje z nimi kontakt. Dlatego też pewnie tak szybko przywiązałem się do Basi, i do naszych spotkań przy kawie i gorącej czekoladzie. „And i love her”.

Hmm, co jest pierwsze w alfabecie, „K” czy „M”…

Karina. Karina przeprowadziła się do Łodzi, co sprawiło, że rozpoznałem w sobie uczucie zwane tęsknotą, które wcześniej zauważałem chyba tylko w relacjach z mamą. Karina zna mnie na wylot, wie niemal wszystko, jest cierpliwą powierniczką moich życiowych i myślowych brudów. Karina umie mnie pocieszyć i wie, że jeśli chce się mnie pocieszyć to nie można mnie pocieszać. Ostatnio gdy z nią rozmawiałem o moich problemach w relacjach z pewną dziewczyną, o wielkim dole i o wyrzutach sumienia, powiedziała po prostu „Bartek, przecież wiesz, że masz przejebane w relacjach z kobietami, chyba się już do tego przyzwyczaiłeś”. „And i love her”.

Marietta lubi się ze mnie wyśmiewać i chwała jej za to. Rozmowy z nią sprowadzają mnie na ziemie i ładują pozytywną energią. Zazdroszczę jej ambicji i siły do realizowania tego co sobie zamierzyła. Kiedyś się w niej podkochiwałem, ale albo tego nie zauważyła, albo udawała że tego nie zauważyła. Może i dobrze. Patrząc na moje doświadczenia z relacji z kobietami – na pewno dobrze. Zniosła moje śpiewanie i cierpliwie słuchała, gdy natchnęło mnie żeby poczytać na głos wiersze. Moje wiersze, których jest na szczęście tylko parę i które są najgorszymi wierszami świata też wysłuchała i nie uciekła, co mnie wyjątkowo wzruszyło. Też miała łzy w oczach i lekko się trzęsła po wyjściu z kina, po „Samotnym Mężczyźnie”. Mówi do mnie Bartosz Tępota Mindewicz. „And i love her”

I z nimi właśnie kojarzy mi się jeden z dwóch ulubionych kawałków Beatlesów.

%d blogerów lubi to: