Dziś mija rok od pierwszego wpisu na dlaczegolubiestarepiosenki, czyli od „Poetry in motion”. Cieszę się, że dalej tu jestem i że nie znudziło mi się pisanie o tym, z czym mi się stare piosenki kojarzą, jakie powodują wyobrażenia i o czym myślę słuchając ich. Całkiem miłym jest też, że czasem ktoś tego słucha, a nawet zdarzają się tacy co moje wpisy czytają. Bo w ogóle się tego nie spodziewałem i zamierzeń takich nie miałem.

Pamiętam to tak – szedłem sobie chodnikiem z słuchawkami na uszach, było gorąco, piekielnie gorąco, zdecydowanie cieplej i jaśniej niż w te wakacje, słuchałem Tillotsona i było mi całkiem błogo. „Poetry in motion” kolorowało mi otoczenie i pobudzało wyobraźnię, myślałem o różnych dziewczynach i tworzyłem historyjki, a mijanym kobietom wymyślałem osobowości, nastroje, emocje. I wtedy do głowy wpadł mi pomysł, w sumie to było dziwne, bo wpadł mi bardzo konkretny pomysł, co rzadko się zdarza – tak jakby gotowiec. Pomyślałem, że fajnie by było zapisywać co sobie myślę i wyobrażam słuchając starych piosenek, a może ciekawie by było publikować to w internecie dla paru znajomych, zamieszczając razem z notkami te utwory. Od razu też stwierdziłem, że najbardziej pasowałaby do tego prosta nazwa – dlaczegolubiestarepiosenki.

Skręciłem do kawiarni, rozłożyłem komputer, założyłem słuchawki i urodził się pierwszy wpis. Spodobało mi się. I tak do dzisiaj, może trochę rzadziej niż kiedyś, ale dalej sprawia mi to przyjemność.

Na urodziny chciałem coś wyjątkowego wrzucić, coś co często wpływało na moje emocje i wyobraźnię, coś nieco magicznego dla mnie, coś przy czym potrafiłem się zauroczyć, albo kontemplować zauroczenie – ale też delektować się samotnością, od której byłem dość długo uzależniony. To trochę taka „piosenka niedojrzałego chłopca”, którą jednak można słuchać z przyjemnością gdy już się przez okres dojrzewania przejdzie. Ubóstwiam cover Elvisa (tekst „Blue Moon” jest kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat starszy) pochodzący z jego pierwszego studyjnego albumu. W zasadzie od tego utworu zaczęła się moja miłość do Elvisa, którego wcześniej raczej ignorowałem. A żeby być bardziej dokładnym – od „Mystery Train” Jima Jarmuscha, w którym to „Blue Moon” łączy trzy równoległe historie, zaczęła się moja miłość do Elvisa. Ten film ma klimat, magiczny klimat.

„Blue Moon” pojawiło się też w „Single Man” Toma Forda (z tym, że w wykonaniu Jo Stafford), czyli też w jednym z filmów, które uwielbiam. I to w scenie nakręconej tak, że wyglądała niemal jak teledysk do tego utworu (w pozytywnym znaczeniu).

I to chyba na tyle, w tym urodzinowym wpisie. Mam nadzieję, że lubicie tu czasem zajrzeć.

 

%d blogerów lubi to: