Simon & Garfunkel – Cecilia

Styczeń 13, 2011

Trochę brak mi słów, tak ich kocham. Długo się zastanawiałem czy w ogóle coś tu o nich pisać i o jakim ewentualnie kawałku. W końcu świetnych numerów nagrali niemało. Padło na „Cecilię”, sam nie wiem czemu, chyba ze względu jedną jej strofę, którą przytoczę później i na stosunkowo pocieszne brzmienie tego utworu, bo dzisiaj zdecydowanie potrzebuje pocieszności.

Ale od początku…

W moim wypadku zaczęło się od „Absolwenta” który nieźle namieszał w mojej – piętnastoletniej wtedy – głowie. Dustin Hoffman stał się dla mnie bohaterem wygryzając Jeta Li, Johna Travoltę oraz Roberta De Niro (dziwny zestaw, ale miałem 15 lat i kisiel zamiast mózgu!). Ojczym (średniego wzrostu i z profilu nieco podobny do Dustina) opowiedział mi, jakie miał powodzenie dzięki temu filmowi, który sprawił, że laski zaczęły lecieć na niskich facetów. Nie dziwię się, gdybym był nastolatką w czasach „The Graduate” sam bym szczał po gaciach z wrażenia!

„Sound of Silence”, pierwsze miłosne rozczarowania, idealizm, wyobraźnia jeszcze bardziej naiwna i wybujała niż teraz, „Scarborough Fair”, marzenia o buncie, o zmianach, o ucieczce, o wyższych sprawach, „Mrs Robinson”, fantazje, rozbieranie młodych nauczycielek i przyjaciółek mamy w myślach, pierwszy seks celebrowany papierosem, „Bye Bye Love”, kolejne romanse, poczucie mocy, wódka i dwu dniowy zarost, „El Condora Pasa”, refleksje nad światem, nad ludźmi, empatia, wyrzuty sumienia, samotne noce pośród płyt i kartek, potem znowu ładne słowa i seks, kawa, papieros… Często byli ze mną, ten Simon i ten Garfunkel.

A teraz „Cecilia”, która poniekąd dystansuje mnie do poprzedniego akapitu, generalnie mnie dystansuje.

Making love in the afternoon with Cecilia
Up in my bedroom
I got up to wash my face
When I come back to bed
Someone’s taken my place

Są dwie główne interpretacje. Jedni mówią, że to o kapryśnej kochance, drudzy, że o Św. Cecylii – patronce muzyków. Dla mnie to bez różnicy o kim napisano ten utwór. Jest genialny. Dziś może być o Św. Cecylii, jutro o kochance, pojutrze o mnie, a w niedzielę o dziewczynie której pragnę, ale która ciągle znajduje lepszych ode mnie. Jego brzmienie pomaga spojrzeć na to wszystko z innej strony, cieszyć się tym co mnie spotyka, traktować to jako naturalną kolej rzeczy – coś z czym boryka się większość ludzi. Lubię to.

 

Tak, wakacjom już definitywnie  trzeba powiedzieć goodbye. Słucham Briana Hylanda i czuję dreszcze gdzieś z tyłu głowy, lekkie mrowienie w okolicach potylicy.

Za kilka miesięcy znów będzie ciepło i przyjemnie. Ale w jesienno-zimowej melancholii też jest coś, coś co lubię. Niby tak ciemno i smutno, niby pragnę bardziej niż zwykle, ale marzy mi się jakoś łatwiej i rozleglej.

Nienawidzę takich momentów jak teraz. Przyszła piękną. Piękna ponadprzeciętnie. Piękna i delikatna, piękna i zamyślona. I sama usiadła i sama pije herbatę, a teraz to już w zasadzie kończy herbatę, więc na nikogo nie czeka. A ja dostałem paraliżu. Ja nie podszedłem i nie zagadałem, ja się nawet nie uśmiechnąłem. Ja przyrosłem do kanapy, ja siedzę zachwycony i zrezygnowany. Sięgam po coś leżącego na drugim końcu stolika, by móc się lepiej przyjrzeć. Dbam o to, by non-stop coś leżało na drugim końcu stolika. Samotność ściska moje mięśnie i krzyczy: „nie puszczę!”. Trwam spięty. Czemu potrafię być tylko zły albo samotny? Koniec. Owinęła się dokładnie szalikiem, narzuciła płaszcz. Nawet na mnie nie zerknęła, na darmo przybrałem myślący wyraz twarzy. Poszła, ale jej piękno zostało jeszcze we mnie i dręczy moje sumienie.

I’ll see you in the sunlight
I’ll hear your voice everywhere
I’ll run to tenderly hold you
But, Darlin’ you won’t be there

Dzień jak co dzień. Uczyłem się, pracowałem, jadłem, a teraz siedzę i dokarmiam się marzeniami. Tęsknię za ciepłem. W środę wyjadę na działkę i usiądę przy kominku, i nagrzeję się na najbliższych kilka miesięcy.

Obiecuje, że następny wpis nie będzie o kobietach.

 

%d blogerów lubi to: