Dziwny ten Spandau Ballet warszawski.

Styczeń 28, 2015

Podczas spacerów patrzę co się burzy, co się buduje. Czasem się czuję jak miejski hipochondryk – wydaje mi się, że to miasto toczy choroba, że ludzie decydujący o jego kształcie ciągle wyrywają nie ten ząb co trzeba, otwierają je niepotrzebnie, zapominają wyjąć skalpel przed zaszyciem. Potem zasłaniają silikonem gdzie się da, żeby powierzchowni mieszkańcy żyli w przeświadczeniu, że jest ok, że Warszawa to nie jeden z hotelów w Soczi. Ale jak to u hipochondryków – w rzeczywistości jest pewnie lepiej niż w świecie moich obaw, a to co się dzieje, to naturalna kolej rzeczy i specyfika każdego dużego miasta.

Najważniejszy dla mnie jest rytm. Rytm miasta. Bądź świetnie brzmiące – „Puls Asfalta” (dla tych, którzy oglądali serbski film „Rane”). Nawet najbrzydsze, najbardziej zaniedbane miasta mają swój puls, wiadomo, a piękne jest to, że każdy czuje go inaczej. Można liczyć kostki chodnikowe na które się nadepnie, przechodzić przez dzień w rytmie usłyszanej rano piosenki, układać melodię z zatkanej poniedziałkowej Marszałkowskiej bądź sennej Wileńskiej w niedzielę rano. Inny jest rytm Warszawy wyższych sfer, inny Warszawy studentów, inny Warszawy organicznej, która wg. mnie rozciąga się od cieciów parkingowych, przez panie kasjerki, szewców, osiedlowe salony fryzjerskie po lekko szurnięte emerytki ze starych kamienic. Inny jest puls gdy gra Legia, inny gdy Polonia; inny gdy przez miasto przechodzą górnicy, inny gdy przebiega przez nie maraton. Ale jest zawsze, w Warszawie nigdy nie cichnie.

Ostatnio prawie w ogóle nie spaceruje. Nie to, że kiedyś przemierzałem na nogach kilometry, ale codziennie byłem na podwórku. Bo mój dobry kumpel kiedyś powiedział „można żyć jak Big Lebowski i być szczęśliwym, trzeba tylko dużo wychodzić na podwórko”. Czy wracałem nad ranem do mieszkania przy Inżynierskiej, czy pędziłem Hożą spóźniony na spotkanie, czy siedziałem na ławce w Saskim – czułem, że oddycham miastem, a miasto mną. Ostatni rok izolowałem się od miasta. Udawałem, że go nie zauważam, że jest tylko makietą urozmaicającą moje podróże z punktu A do punktu B. Warszawa się na mnie zemściła. Ostatnio poszedłem na spacer i czułem się jak debiutant w mieście w którym się urodziłem. Znacie to uczucie, gdy wpadacie w lekkie zamyślenie gdy ktoś do Was mówi i w połowie długiej wypowiedzi orientujecie się, że nie zrozumieliście ani słowa? Ja tak się czułem w połowie Koszykowej. Ale jedno się nie zmieniło – słyszałem jej rytm. Rytm zburzonej hali, rytm kamienic wyrastających za nią i rytm przechodniów, tak samo jak ja nie wiedzących, że jutro wybuchnie tu gaz w jednym z mieszkań.

Bo miasto nigdy nie cichnie. Muzyka to cisza miasta. Tylko słuchając muzyki można złapać kontakt z samym sobą i odciąć się na chwilę. Lubię wyobrażać sobie, gdzie znajdują się wyobraźnią inni ludzie słuchając określonych piosenek. Fryzjerka i Bad Boys Blue, dziadek w parku i Adam Aston, dziewięciolatek i ACDC (odkąd młodszy brat, powiedział mi, że ich słucha), cieć i Dżem, pijana czterdziestolatka wracająca z imprezy i Spandau Ballet w taksówce. Co sobie wyobrażają? Gdy zamyślić się nad tym można stworzyć w głowie setki życiorysów. Ludzie w mieście i ich wyobrażenia podczas słuchania muzyki.

Miasto wybaczy mi prędzej czy później. Jest zbyt zajęte ciągłym burzeniem i budowaniem żeby obrażać się na takiego gnojka. Będę tu teraz częściej, bo im więcej wychodzę na podwórko, tym więcej pisze.

Zostawiam Was z teledyskiem do „Gold”. Czy tylko ja tam widzę w pewnym momencie De Chirico?

photo by Willy Ronis

photo by Willy Ronis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: