“Piotrze, twoje książki zostawię w kawiarni 4 Pokoje, bądź zdrów” – przeczytał smsa jednym okiem, po chwili znów zapadł w sen. Długo jednak nie pospał.

- Zgrzytasz zębami chłopcze.

Przebudził się, ale nie otwierał oczu. “Agata? Nie, Agnieszka. Agnieszka project managerka, Agnieszka blondynka, 28 lat, zielone oczy, lekko zakrzywiony nos, blizna na przedramieniu – jak była nastolatką nie zauważyła, że szklane drzwi były zamknięte, Agnieszka w separacji, Agnieszka uważająca Remarque za dobrego pisarza, Agnieszka nadrabiająca znajomością starych warszawskich tang i rubasznymi żartami opowiadanymi z dziewczęcą gracją.” Otworzył oczy.

- Zdarza mi się.

- Strasznie, jakbyś miał zaraz skruszyć sobie zęby.

- Chyba to odziedziczyłem po ojcu. Też zgrzyta. Albo to ze stresu. Możliwe też, że jedno i drugie, bo ojciec często się stresuje.

- Nie wyglądasz na zestresowanego.

- Może dlatego właśnie zgrzytam.

Przyjrzał jej się dokładnie. Miała delikatną skórę, pieprzyk nad prawym sutkiem, była szczupła. Zmierzwione podczas snu włosy działały na jej korzyść, w prostych wyglądała gorzej.

- Kto pisał? Na pewno ta młoda dziewczyna, którą wczoraj tak brutalnie zignorowałeś.

- Monika? Nie, Monika to moja przyjaciółka, rozumiała że jestem zajęty. Z resztą nie zignorowałem jej wcale.

- Kłamiesz.

- A Ty czytasz Ericha Marię.

- Jest genialny!

- Pierwszorzędny pisarz drugorzędny.

Piotr podniósł się trochę, włączył muzykę i zapalił papierosa. Słońce wpadała do pokoju przez wąską szczelinę między pośpiesznie zsuwanymi nad ranem zasłonami i oświetlało jędrne pośladki leżącej na brzuchu Agnieszki.

- Kto w takim razie jest pierwszorzędnym pisarzem pierwszorzędnym?

- Sam nie wiem, umiem rozpoznać tylko tych drugorzędnych.

Chwilę patrzyła na niego w milczeniu, a on patrzył na jej pośladki.

- Piotrze, może mała powtórka z poranka?

- Przepraszam Cię bardzo, ale chyba nie mam już sił.

- To zebrałbyś się i chociaż zrobił śniadanie.

- Za wysoko mnie cenisz.

Usiadła po turecku i też zapaliła. W tle leciały stare warszawskie tanga. Chwilę przed połową papierosa zgasiła i poszła do łazienki, po drodze zebrała ubrania.

- Kremowy ręcznik jest czysty – krzyknął Piotr za nią.

Słychać było jak bierze prysznic, powoli się ubiera. Wróciła do pokoju po 25 minutach. Pocałowała go w czoło.

- Cześć Piotrze.

- Twoja biżuteria, zostawiłaś tutaj…

- Daj Monice na przeprosiny.

Wyszła.

tumblr_mjazmcREfg1rttw4ro1_500

Nie wyspałem się a ona zaprosiła mnie do siebie. Co za błąd. Nie przewidziałem tego w całej swojej bezsenności. Myślałem, że pojadę pod jej mieszkanie, wezmę ją na szybką kolację, odwiozę i grzecznie wrócę do domu dogorywać. Gdy ruszałem była 22.34, gdy zaproponowała mi herbatę 00:15, wczoraj zasnąłem po piątej, wstałem przed ósmą; chciałem wracać do domu, wszedłem na herbatę.

- To nie jest dobry pomysł, mało spałem, jak do Ciebie wejdę to po chwili zemdleję.

- Nic nie szkodzi.

Czuje się nieswojo, gdy kobieta zaprasza mnie do siebie nim opowiem jej cały zestaw historii o tym, jak bardzo nie należy zapraszać mnie gdziekolwiek, nawet jeśli jest to najbardziej niewinne zaproszenie.

Ale jestem tu, piję herbatę, poprosiłem ją o parę kartek i długopis, puszczam piosenki, ona przygotowuje swoje projekty na studia. Coś mi to przypomina, albo nic nie przypomina. Dobrze wiem, że nie powinienem ufać swoim skojarzeniom i wspomnieniom po bezsennej nocy. W ogóle nie powinienem myśleć, bo trochę jak wilkołak – mogę narobić szkód w nocy a rano się obudzić i nic nie pamiętać.

Tak to jest z tą bezsennością, siedzę i pierdolę głupoty sam do siebie, a ona ma zgrabne łydki, blond włosy, usta akuratne, jedynym serialem jaki oglądała było “Twin Peaks”, dużo czyta. I co z tego wynika? Nic z tego nie wynika.

- Przepraszam, ale mam straszny bałagan w samochodzie.

- Lubię bałagan.

Nic z tego nie wynika. Trzyma Faulknera w kiblu i mówi, że tam jest jego miejsce, nie lubi jeść rękoma, nie zarywa nocy. Piję jej herbatę, słucham Reny Rolskiej, chyba jestem sobą, choć w bezsenne noce nie mogę sobie ufać. Poprosiłem ją o poduszkę i poszedłem na materac. Znam swoje miejsce na dzisiaj. Ufam temu kawałkowi podłogi bardziej niż sobie.

 

11111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111

Prago, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto chłodnik jadł w Rusałce. Dziś piękność Wileńskiej w całej ozdobie
Widzę i opisuję, gdy tak sobie chodzę.
Matko Boska Szmulkowska,
Co stoisz u mnie w bramie! Ty, co żulom drobne
Na wino pomagasz znaleźć.
Jak narkomanów do zdrowia powróciłaś cudem,
Tak nas powrócisz cudem na Starej Pragi łono.
Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych kamienic, jeszcze nie spalonych
Szeroko nad Stalową, Strzelecką rozciągnionych;
Do tych ulic malowanych zbirem rozmaitem,
Wyzłacanych dresiar, posrebrzanych nitek;
Gdzie jak w morde dostajesz, to nie darmo
Gdzie panieńskie rumieńce umilają noc parną
A postacie barwne dyskutują o głupotach
A ja siedzę na ławce w klapkach Kubota.

Hoyt Axton – Cocaine

Marzec 17, 2013

1935 nie był dobry rokiem. Burze piaskowe pustoszyły Texas a ja w tym wszystkim próbowałem dojrzeć, lat miałem osiemnaście. Pamiętam dobrze ten trzydziesty piąty, lecz nie przez burzę, a przez dziewczynę, która do mojej małej mieściny dotarła wraz z grupą migrujących podczas tych fatalnych lat rolników.

Moja kondycja w tamtych dniach najlepszą nie była, moja rodzina klepała biedę, ja w głowie miałem jeden wielki duster i kokaina jedynym lekiem na wszystko się wydawała. Pracować nie było jak i gdzie, spustoszone wszystko, więc leżałem całymi dniami w krzakach ukryty, z zapasem kokainy i próbowałem wymyślić czym ten świat jest, zwymyślałem Boga i nie miałem nadziei. Czekałem aż i mnie w końcu pochłonie jakaś burza.

I w tamtych właśnie dniach, całkiem jak w zawodzących pieśniach murzynów, pojawiła się kobieta. Kobieta, która przed burzą uciekała, lecz dla mnie wtedy jakby z burzy wyszła. A było to wszystko tak:

Spędzałem pewien poranek nie inaczej niż inne – z głową w piasku, odurzony i bezużyteczny. Nagle poczułem całkiem niespodziewane szturchnięcie. Z trudem uniosłem głowę, by ujrzeć twarz – jeszcze bardziej niespodziewaną niż to szturchnięcie – piękną, młoda, dziewczęcą. Usłyszałem głos:

- Żyjesz?

Chwile się nad tym zastanowiłem i odpowiedziałem:

- Można tak powiedzieć.

- Skoro żyjesz, to pewnie jesteś spragniony po poranku spędzonym z głową w piasku.

Zawstydziłem się, zmieszałem nieco, ale też wrażenie miałem, że anioł jakiś do mnie przemawia i że nie wypada mu nie odpowiedzieć:

- Spragniony to mało powiedziane, ale co cię podkusiło żeby próbować napoić takiego śmiecia bezużytecznego jak ja?

Zaśmiała się.

- Widać mocno cię wysuszyło, że takie rzeczy wygadujesz!

Przystawiła wiadro do moich ust. Zachłysnąłem się chłodną wodą prosto z studni i spojrzenie mi nieco się zaostrzyło. Ujrzałem w całości dziewczynę i dreszcz ekscytacji mnie przeszedł, stała nade mną wysoka piękność, ode mnie jeszcze młodsza tak mi się wydawało, o skórze gładkiej, choć dłoniach od pracy nieco zmarszczonych, o blond włosach dodatkowo przez słońce i piasek rozjaśnionych i zmierzwionych nieco, suknie roboczą miała, co nic jej z piękności nie ujmowało. Uwierzyć nie mogłem.

- To ta kokaina, zwidziałaś mi się dziewczyno!

- Różne rzeczy słyszałam na swój temat, ale duchem jeszcze nikt mnie nie nazwał.

- Skąd jesteś i jak masz na imię powiedz?

- Z mieściny nie większej od tej, piaskiem już zakrytej. A na imię mi Caroline.

- Joe, miło mi. I przykro mi, że dom straciłaś zarazem.

- Ty nie straciłeś, a na weselszego ode mnie nie wyglądasz.

- A z czego tu się cieszyć dziewczyno, gdybyś wiedziała…

- Swoje wiem, a ty za młody żeby takie rzeczy wygadywać.

- Worek kokainy, tyle od życia mam.

- Teraz też wiadro wody.

- A mama to się na ciebie nie pogniewa, że z takimi obdrapańcami rozmawiasz?

- Mama mawia, że na każdą kobietę, która z mężczyzny robi frajera, jest jedna, która z frajera robi mężczyznę.

- W komplementowaniu to cię chyba nikt nie szkolił.

- Jednak nie narzekasz.

Prawdę mówiła. Rozprawialiśmy tak jeszcze minut paręnaście, w sercu moim suchym jakieś ciepło poczułem. W piachu mi się leżeć odechciało. Worek kokainy też jakiś mniej miły się stał. Wtedy jeszcze nie wiedział, że w tak właśnie podłej sytuacji, przyszłą żonę poznałem, roku tysiąc dziewięćset trzydziestego piątego.

12345567

Nie pamiętam jak zaczęła się moja przygoda z Adamem Astonem. Wiem jednak, że od dłuższego czasu towarzyszy mi on w bardzo wielu chwilach. Bo Adam to potrafił. Potrafił śpiewać ciepło i szczerze. Potrafi mnie wzruszyć (np. “Skrzypkiem”), pobudzić wyobraźnię (“Opium”), doskonale sprawdza się też jako towarzysz wieczorów, które spędzam w mieszkaniu, paląc papierosy, przeglądając stare zdjęcia, sącząc rozwodnioną, czarną kawę.

Był samorodnym talentem wokalnym. Miał słuch absolutny. Śpiewał w Chórze Warsa u boku Tadeusza Faliszewskiego i Tadeusza Sasa-Jaworskiego. Wcześniej brał udział w wojnie polsko-sowieckiej (zaciągnął się jako ochotnik).

Po wybuchu Drugiej Wojny Światowej chwile występował we Lwowie. Potem znów się zaciągnął (2 Korpus Armii generała Andersa) i występował w Teatrze Wojskowym. Brał czynny udział w walkach o Monte Cassino, w 1946 w Mediolanie dokonał pierwszego nagrania “Czerwonych Maków pod Monte Cassino”.

Przypisuje mu się autorstwo tekstu jednego z moich ulubionych (zarazem obok “Warszawo, moja Warszawo” też wykonaniu Astona) utworów o stolicy – “Piosenki o Warszawie”.

Znał Tolę Mankiewiczówne, znał Mirę Zimińską, kogo on nie znał. Hah, rozmarzam się zawsze trochę gdy o nim myślę.

Jest trochę takim moim bohaterem, dlatego pojawia się tu po raz kolejny, tym razem bez żadnego opowiadania, bo trochę boję się pisać  opowiadania do jego piosenek. Miłego słuchania!

 

 

Adam+Aston

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 30 other followers

%d bloggers like this: